Jednośladem przez świat - rowerowy Orient Express

Po maturze A.D. 2013 jedni poszli na kremówki, drudzy na piwo. My z Wojtkiem zrekrutowawszy się na studia, wsiedliśmy na rowery i depnęliśmy w pedały. Poniosło nas na Bałkany, przez trzy europejskie stolice, obok Alp, wzdłuż ?pięknego modrego Dunaju?, do tajemniczych meczetów nad cieśniną Bosfor. Do Stambułu.

Znamy się jeszcze z liceum, teraz razem uczęszczamy na zajęcia na Wydziale Mechanicznym Politechniki Wrocławskiej. Obaj jesteśmy wiecznie głodni przygód, ciekawi świata i zakochani w turystyce na sportowo. Przed dwoma laty wybraliśmy się na rowerach z Wrocławia do Pragi, ale czuliśmy, że potrzebujemy czegoś więcej. Oto relacja z naszego fantastycznego, zeszłorocznego, wakacyjnego przedsięwzięcia.

„Para - buch”

Wyruszyliśmy ze stolicy Dolnego Śląska w upalną niedzielę 28 lipca. Kierowaliśmy się na południe wzdłuż dróg krajowych nr 8 i 33, planując wyjechać z Polski w ciągu dwóch dni. Niestety, szybko pojawiły się kłopoty z rowerami, które nam to uniemożliwiły - w Bardzie w jednośladzie Wojtka przebiła się stara dętka, a po nową trzeba było cofnąć się autobusem do Ząbkowic i dodatkowo odpowiednio nawiercić obręcz w kole, na czym straciliśmy mnóstwo czasu i w efekcie dzień jazdy. Kotlina Kłodzka w pełni lata po raz kolejny urzekła nas za to swoimi walorami krajobrazowymi.

Z Czech zapamiętamy przede wszystkim sytuację, gdy na zamku w Brnie o godzinie drugiej w nocy spotkaliśmy walijskiego reżysera teatralnego ze słowacką żoną, którzy wypytywali nas o Mickiewiczowskie Dziady. Sił do jazdy dodawały nam lokalne przysmaki - do dziś cieknie mi ślina na myśl o wybornych batonikach Deli, Fidorkach czy Bananach v Eokolad'. Koło słynnego zamku w Mikulovie po raz pierwszy pojawiły się kłopoty zdrowotne - Wojtkowi dokuczał silny ból kolana, który na szczęście minął po nocnym wypoczynku.

Austria była droga i opuściliśmy ją już po dwóch dniach, choć Wiedeń nas zachwycił. Mieliśmy też tam świetny nocleg w samym centrum u poznanej przypadkowo polskiej rodziny. Z Węgrami za to kompletnie nie mogliśmy się porozumieć - mało kto mówił tam po angielsku, a język madziarski, jak wiadomo, do najłatwiejszych nie należy. Znakomitym pomysłem był dzień odpoczynku nad jeziorem Balaton - w powietrzu 36 stopni Celsjusza, w wodzie - 33.

W stronę słońca

Chorwację, a konkretnie jej teoretycznie najmniej popularny turystycznie region: Sławonię, odwiedziliśmy „przelotem” (stuknął nam tam okrągły tysiąc kilometrów!), czego bardzo żałowaliśmy, bo z powodu niesamowitej gościnności i serdeczności napotykanych osób czuliśmy się jak w domu. Należy jednak wspomnieć, że wciąż widoczne są tam pozostałości i obecny duch wojny, która miała miejsce zaledwie 20 lat temu.

Następnie przyszedł czas na Serbię - na tydzień pożegnaliśmy Unię Europejską. Tutaj także niełatwo było choć w niewielkim stopniu odwdzięczyć się miejscowym ludziom za ich dobro i udzieloną pomoc. Mogliśmy mówić do nich po polsku, oni do nas po serbsku i rozumieliśmy się. Gaworzyliśmy tak godzinami. Nasze słowiańskie języki są do siebie tak podobne, że nie mieliśmy większych kłopotów ze zrozumieniem głównych myśli, a szczegóły wyjaśnialiśmy odpowiednio gestykulując.

Bułgaria to mocne zderzenie z cyrylicą, której po prostu musieliśmy się nauczyć i pierwsze spotkania innych sakwiarzy - do Stambułu w tym czasie oprócz nas jechali m.in. trzej Niemcy z Monachium, dwaj Francuzi z Lyonu oraz pewien Norweg, który zamierzał w rok okrążyć kulę ziemską (i istniały spore szanse, że mu się to uda, gdyż w ciągu pierwszych 30 dni podróży przebył z Oslo aż 4000 km!). W Sofii na dzień dobry o mało co nie wpadliśmy w drzewo wyrastające wprost ze studzienki kanalizacyjnej na środku prawego pasa na głównej drodze wjazdowej do miasta, wieczorem natomiast podczas spaceru po centrum przypadkowo znaleźliśmy się w samym środku antyrządowej manifestacji. Zanim przekroczyliśmy granicę turecką, skorzystaliśmy z okazji i podjechaliśmy 30 kilometrów do Grecji - był to prawdopodobnie najgorętszy dzień wyprawy, temperatura oscylowała wokół 40 stopni Celsjusza w cieniu.

Nowy kontynent

Wreszcie przyszedł czas na ostatni etap naszej wycieczki: ostre potrawy, wyborne słodycze, pagórkowaty teren i silny wiatr w twarz - to pierwsze skojarzenia z ojczyzną Mustafy Kemala Atatürka. Wjazd do Stambułu najtrafniej określa ulubione słowo młodzieży - „masakra”. Nigdy w życiu nie widziałem naraz tylu samochodów, tylu pasów na jezdni, tylu rozgałęzień dróg, takiego chaosu na ulicach. Na szczęście podczas finiszu podróży towarzyszył nam bardziej doświadczony kolarz, 60-letni nauczyciel fizyki, jadący do dawnego Konstatynopola aż z Holandii, który dzięki nawigacji GPS łatwo odnajdywał drogę do celu. Miasto o populacji 20 milionów osób powala na kolana swoim ogromem. Chwila, kiedy po blisko miesięcznym „przyjemnym trudzie” położyliśmy się na azjatyckiej trawie i podziwialiśmy słońce zachodzące nad Mostem Bosforskim, była bezcenna.

Gdzie Wschód styka się z Zachodem

Chociaż przed i w trakcie wyjazdu czytaliśmy wiele na temat tej jednej z największych metropolii świata, nie potrafiliśmy wyobrazić sobie, jak gigantyczna jest ona w rzeczywistości. Zabudowania zaczynają się około 60 km przed ścisłym centrum, do którego prowadzi sześciopasmowa droga szybkiego ruchu - jazda rowerem po niej dostarcza, moim zdaniem, lepszych wrażeń niż wizyta w parku adrenaliny. Na jezdniach nikt nie zwracał uwagi na światła, pierwszeństwa przejazdu, wymalowane pasy, wobec czego przemieszczanie się tam z sakwami wymagało od nas niesamowitej koncentracji i kosztowało sporo energii. Dodatkowo od liczby ludzi, których widzieliśmy wokół siebie w każdym momencie, dostawaliśmy oczopląsu. Mimo wszystko wyjątkowa atmosfera tysiąca ciasnych uliczek w starych dzielnicach, klimatyczne sklepiki i bazarki, fantastyczne widoki ze wzgórz, na których leży miasto, i niezliczone, warte zwiedzenia zabytki, tworzą magiczny klimat do którego chciałoby się jeszcze kiedyś wrócić.

Żywot podróżniczy

Podczas wyprawy eksperymentowaliśmy z trasą i zauważyliśmy ciekawą zależność - grubość kresek na mapie oznaczająca status drogi rosła wprost proporcjonalnie do czasu podróży. Zaczynaliśmy od mało uczęszczanych wiejskich szos, by stopniowo przechodzić na trakty wojewódzkie, krajowe, międzynarodowe. W Serbii za pozwoleniem uśmiechniętych policjantów wybraliśmy drogę ekspresową, w Bułgarii pedałowaliśmy nawet kilkanaście kilometrów awaryjnym pasem autostrady, spotykając na niej pięciu innych kolarzy.

Odżywialiśmy się w teorii zawsze tylko zdrowo i sportowo, w praktyce zdarzało się jednak, że od czasu do czasu restauracje fastfoodowe skusiły nas nie tylko możliwością kontaktu ze światem poprzez darmowe wi-fi. Z przyjemnością próbowaliśmy miejscowych specjałów, jak choćby chorwackiej rakiji, tradycyjnej węgierskiej kiełbasy czy bułgarskich frytek z białym serem oraz naszej ulubionej szopskiej sałatki. Na lejący się z nieba żar, najlepsze były orzeźwiające arbuzy i melony, sprzedawane w całych Bałkanach na przydrożnych straganach albo wprost ze stojących na poboczu wielkich ciężarówek. Turcja to oczywiście przede wszystkim kebab w różnych odmianach i oczywiście tak ostry, że ciężko go spożyć bez litra wody do popijania.

Prawie każdej doby prowadziliśmy bujne życie także po zmroku - bywaliśmy zapraszani na wyborne kolacje, przy których z przyjemnością rozmawialiśmy z gospodarzami do późnych godzin, zdarzyło nam się przyłączać do większych grup biwakowych albo spotykać z lokalnymi młodymi ludźmi na wspólnym graniu i śpiewaniu w miejskich parkach. Lubiliśmy też nocne zwiedzania - unikaliśmy wtedy tłumów i mogliśmy lepiej poczuć atmosferę danych miejsc. Ze spacerów po ciemku szczególnie w pamięci utkwiły nam dwa bajeczne widoki: rozświetlony Belgrad z twierdzy Kalemegdan i majestatyczna Hagia Sofia.

Wyprawa życia

Zeszłoroczny sierpień spędzony na dwóch kółkach po raz kolejny uświadomił mi, że turystyka rowerowa jest najtańszym (na całą podróż wydaliśmy poniżej 2000 zł od osoby), najprzyjemniejszym i najciekawszym sposobem na aktywne wakacje. Odbyliśmy z Wojtkiem jak na razie swoją wyprawę życia - to blisko 2400 km przejechanych w 24 dni, 122 godziny spędzone na siodełku, dziesiątki poznanych ludzi, wizyta w dziewięciu państwach, kontakt z dziewięcioma różnymi urzędowymi językami i ośmioma walutami oraz niezliczona liczba fantastycznych wspomnień, których nikt nam nigdy nie zabierze.

Męczący powrót

Prawie połowę sumy wydanej na wyjeździe kosztował... powrót, niestety. Musieliśmy się trzykrotnie przesiadać - najpierw ze Stambułu ok. 100 km jechaliśmy autokarem (z powodu budowy tunelu pod cieśniną Bosfor do miasta nie dochodziły pociągi), potem pociągiem dotarliśmy do Sofii, skąd kolejnym autobusem dostaliśmy się bezpośrednio do Katowic, gdzie wsiedliśmy w pociąg do Wrocławia. Droga powrotna zajęła nam 48 godzin i była naprawdę wyczerpująca. Mieliśmy dużo ciężkich bagaży (każdy po trzy sakwy + rower w kartonie). Wniosek wysnuliśmy jeden - trasę Polska-Stambuł najłatwiej i najprzyjemniej pokonać rowerem.

Każdy może...

Podobne przygody stoją otworem przed każdym. Nie potrzeba na nie wielu pieniędzy, wystarczy mieć trochę wolnego czasu i odwagi do wyruszenia w nieznane. Świat jest na wyciągnięcie ręki, spróbujcie sami!