Wyprawa rowerowa z Bangkoku do Krakowa

- Za czym tęskniliśmy? Za zapiekankami z placu Nowego - wykrzykują w jednej chwili Alicja i Andrzej, autorzy bloga www.loswiaheros.pl, którzy dotarli na rowerach z Bangkoku do Krakowa.

Alicja Rapsiewicz i Andrzej Budnik kilka lat temu poznali się na krakowskim festiwalu Trzy Żywioły. Po trzech miesiącach zamieszkali ze sobą. W lipcu 2009 roku wyruszyli w podróż dookoła świata. Przez niemal cztery lata wędrowali po Europie, Azji i Australii. Ostatni etap podróży z Bangkoku do Krakowa trwał - z przerwą na wymuszony powrót do Polski - 19 miesięcy. Jechali na rowerach.

Tęsknotę za zapiekankami z Kazimierza zabijali gotowaną paprocią i ślimakami z laotańskiej dżungli, pierogami lepionymi w Chinach, afgańskim jogurtem, jajecznicą przygotowaną na mrozie w górach Pamiru, kirgiskimi szaszłykami, smażoną ośmiornicą z Japonii oraz curry z krokodyla w australijskim Darwin.

Alicja: - Za Krakowem tęskniliśmy wtedy, gdy fizycznie było ciężko znosić trudy. Tutaj życie jest wygodne i łatwe, jeśli porównamy je z tym, co można spotkać w Azji Środkowej czy Południowo-Wschodniej. Tak, wiem, można narzekać na spóźniający się pięć minut tramwaj, ale jak to się ma do autobusu, na który czeka się w Indonezji kilka godzin?

Przez całą wyprawę prowadzili bloga loswiaheros.pl. "Los viajeros" w języku hiszpańskim znaczy "podróżnicy". Wstawili literkę "h", aby skojarzyć ze sobą słowa "los" i "wicher". Wicher, który wiał im w twarz, ale i pchał ku marzeniom.

Mechanik dobrej woli

Oszczędzali przez rok. Potem, już w trakcie podróży, Andrzej projektował strony internetowe, by zarobić na kolejne etapy. Nie wiedzą, ile w sumie wydali. Gdy na ich blogu hejterzy zaczęli wyliczać, ile topią kasy, cierpliwie tłumaczyli, że życie w trasie bywa tańsze, że korzystają z uprzejmości ludzi... W końcu dali spokój.

Na początku jeździli busami i pociągami, często korzystali z autostopu. I tak po kilku miesiącach m.in. przez Iran i Pakistan dotarli do Tajlandii. - Tam dotknął nas pierwszy kryzys. Wpadliśmy w turystyczną pułapkę: poruszaliśmy się od atrakcji do atrakcji i nie byliśmy tym do końca usatysfakcjonowani. To zmieniło nasze spojrzenie na podróże - opowiada Andrzej.

Postanowili skupić się na sobie. Na odczuwaniu podróży, a nie sprincie między zabytkami. Po sześciu tygodniach oczekiwania w Timorze Wschodnim na jacht dotarli do Australii. Tam kupili stary samochód terenowy. Zepsuł się na pustkowiu. Wtedy przydały się cierpliwość i zawodowe umiejętności. - Prognoza naprawy auta mówiła o 3 tysiącach dolarów. Byliśmy załamani, nasze plany niemal legły w gruzach. Ostatecznie na trzy tygodnie zamieszkaliśmy w warsztacie u mechanika. Zbudowałem mu stronę internetową i zaprojektowałem wizytówki jego firmy. I zapłaciliśmy tylko za części do samochodu - wspomina Andrzej.

Po dziewięciu miesiącach eksplorowania antypodów znów weszli na pokład jachtu. Pływali po archipelagu wysp Indonezji, aż przez Singapur w końcu dotarli do Tajlandii. Był marzec 2012. Wtedy przesiedli się na rowery.

Galeria osobliwości

Do Krakowa w linii prostej mieli 8180 km. Gdyby poruszali się utartymi traktami, droga wyniosłaby 10920 km. Oni jednak ruszyli w stronę Hongkongu, odwiedzili Japonię, potem Chiny. Pedałowali przez dżungle, stepy i pustynie. Mijali afgańskich kupców w kamazach, którzy chcieli kupić Alicję na żonę. I bezzębnych pasterzy w dolinie Bartang, którzy dzielili się z nimi ostatnimi kawałkami chleba.

Alicja: - Podróżowanie na rowerze ułatwia kontakt z ludźmi. W mało turystycznych miejscach patrzyli na nas nie jak na przybyszów z portfelami, ale takich, którzy pokonują własne słabości. Zazwyczaj współczuli i starali się zaopiekować nami. Proponowali jedzenie i dach nad głową.

To już nie była tylko wyprawa od miejsca do miejsca, od naprawy do naprawy. Nie potrafią policzyć, ile dętek zużyli, ale pamiętają spotkanych ludzi - różnych religii, światopoglądów, kultur. Obcych, którzy często robili, co mogli, by im ułatwić na przykład przeprawę przez rzekę.

W Kazachstanie pomógł im były trener reprezentacji kolarskiej Aktau, z czasów ZSRR. Naprawił tarczę hamulcową za pomocą łomu.

W Chinach zaprzyjaźnili się z utytułowaną rowerzystką. - Zaprosiła nas do restauracji razem ze znajomymi, bo tam w dobrym tonie jest pokazanie się na mieście z ludźmi z Zachodu - opowiada Alicja.

W Tajlandii przygarnęli ich buddyjscy mnisi. Ostrzegali, że noc nie będzie łatwa. I rzeczywiście, cały czas ujadały psy. Jeden kończył, drugi zaczynał. - Ale nieprzespana noc była warta poranka z widokiem świątyni opatulonej mgłą - nie ma wątpliwości Andrzej.

W Mołdawii trafili do domu niezwykłego staruszka. - Potwierdziła się teza, że ludzie, którzy mają bałagan w domu, mają poukładane w głowie. Miał niesamowitą wiedzę historyczną na temat Polski. Nie przeszkodziło mu to bez żadnego wstydu zarządzić wspólne oglądanie rosyjskiej kreskówki "Masza i niedźwiedź" - uśmiecha się Alicja.

Wcześniej w Australii, niedaleko Cairns, poznali Stevena, właściciela osobliwej kolekcji strojów kąpielowych z lat 20.-60. XX wieku, zegarków, starych volkswagenów, drewnianych instrumentów i jeszcze setek innych dość przypadkowych przedmiotów. - Gra bardzo dobrze na didgeridoo, żongluje i jest iluzjonistą. Od kilku lat w jego garażu stoi wielki autobus, którym Steve ma zamiar wybrać się w długą podróż. Wybierze się na pewno, gdy go naprawi - śmieją się.

Kiełbasa, która podzieliła

Góry Pamiru. Wyczerpujący i stromy podjazd na przełęcz Akbaital (4655 m n.p.m.). Rozwalona droga pełna luźnych kamieni i zadyszka spowodowana rozrzedzonym powietrzem. W takich momentach pojawiają się wątpliwości. Wraz z nimi marzenia o ciepłym mieszkaniu zostawionym w Polsce. I firmie z branży IT, która przynosiła zyski.

- Kasa co miesiąc była niezła, ale co mi z niej samej w sobie? Biłem się z myślami, czy jeżeli zamknę firmę w tym momencie, to nie strzelę sobie w kolano, bo po powrocie będę musiał zaczynać wszystko od zera - wspomina Andrzej.

Uparcie pedałowali, ale pojawiały się pytania o sens tego wszystkiego. Nutka niepewności, strach o jutro, zmęczenie. W takich chwilach najczęściej się kłócili.

Alicja: - Kiedy jest ciężko, gdy czujemy, że za chwilę nie damy rady, że nie jest tak, jak to sobie wyobrażaliśmy, winą najłatwiej obarczyć partnera. Wjeżdżając na jedną z przełęczy, posprzeczaliśmy się, kto ma wieźć kilogram kiełbasy. Dopiero na szczycie cała złość minęła. Czegoś jednak nauczyliśmy się o sobie.

Spektakularnych kłótni bez większego powodu było jeszcze kilka. Ale głównie na początku podróży. - Za każdym razem staraliśmy się wyciągnąć z nich wnioski i im dłużej byliśmy w drodze, tym mniej było sporów. Zabrzmi to banalnie, ale sztuka kompromisów i szczera rozmowa to podstawa bycia razem. Trzeba też umieć zaakceptować drugą osobę ze wszystkimi jej wadami i starać się pracować nad sobą. Zamiast kłócić się o bzdury, nawzajem się wspierać i inspirować do działania - przekonują.

24 godziny na dobę razem. Podczas jazdy Andrzej słuchał audiobooków, Alicja delektowała się widokami. Dotarli się. I nie mają wątpliwości, że podróż ich zbliżyła. Ale poznali kilka par, które nie przetrwały podobnej próby.

Wiedzą więcej

Potwierdziło się przysłowie o podróżowaniu i szkole życia. W Japonii nauczyli się, że w gościnie należy stawiać buty czubkami ku wyjściu. To oznacza, że nie zamierza się nadmiernie korzystać z uprzejmości gospodarzy. W trakcie żeglugi poznali zasady nawigacji, ale też szydełkowania z nici zrobionych z woreczków foliowych. Kolekcjoner Steven pokazał im, jak przygotowuje się prawdziwy australijski pie z mięsem i jak załatać dziury w samochodzie za pomocą włókna szklanego.

Nauczyli się nawet podstaw chińskiego. - Nie jest trudny. Wystarczy znajomość stu znaków, by zamówić smażoną wołowinę lub podróżować z pomocą miejscowych map - zapewnia Andrzej.

To właśnie w chińskim Urumqi ukradziono im rowery niemal sprzed posterunku policji. Sprawą zainteresowała się lokalna telewizja. Na potrzeby reportażu o kradzieży musieli wcielić się w role aktorów, wybiec z budynku i udawać zaskoczonych stratą. Zebrał się tłum gapiów, wśród nich wysoko postawiona urzędniczka, która zaangażowała w sprawę policjantów z wydziału do walki z zorganizowaną przestępczością. Po kilku godzinach udało się znaleźć jeden rower. Drugi dokupili i ruszyli dalej.

Swoją wyprawę zakończyli niedawno na Rynek Głównym. Po drodze zastanawiali się, czy nie wstąpić najpierw na zapiekanki na plac Nowy. Ale zrezygnowali, przez cztery lata nauczyli się też cierpliwości.

Alicja: - Podróż pokazała, jak mało potrzeba nam do życia, jak bardzo otaczamy się niepotrzebnymi przedmiotami.

Andrzej: - Nauczyłem się, że trawa zawsze jest zielona po drugiej stronie. Dlatego trzeba iść i to sprawdzić.

Co z wątpliwościami? - Raz zaczynaliśmy od zera, dlaczego nie możemy zacząć drugi raz? Gdybyśmy wtedy nie postanowili wyjechać. podejrzewam, że nasze życie toczyłoby się na wysokim poziomie, ale bylibyśmy mocno sfrustrowani, że nie zrobiliśmy tego, co głęboko w duszy grało. Dziś zaczynamy po raz drugi i jakoś idzie. Dzięki obserwacji świata i ludzi mamy masę pomysłów, jak znów rozkręcić wspólny interes.

Ale buty zostawili czubkami ku wyjściu.

Artykuł pochodzi z krakowskiego wydania lokalnego Gazety.

Więcej o: