Jazda rowerem w upał - 5 rzeczy, których dowiedziałem się w weekend

Sobotnia wycieczka redakcji serwisu polskanarowery.pl zakończyła się małą katastrofą. Dwa kilometry przed finiszem słabszy z uczestników odmówił dalszej jazdy, położył się na trawie i przestał ruszać. Stało się tak dlatego, że jeszcze kilka kilometrów wcześniej ze współpracy zrezygnował jego organizm. Tym rowerzystą byłem ja.

Oto kilka uwag na marginesie sobotniej wyprawy. Nie są to prawdy objawione, ani przestrogi. To raczej luźne obserwacje poczynione na dość małej próbie badawczej, którym na dodatek brakuje podbudowy naukowej.

Nie chcę też, żeby ktoś pomyślał, że zwykłą sobotnią wycieczkę - choć rzeczywiście w sporym upale - uwznioślam do rangi ekstremalnej przygody w skrajnie trudnych warunkach. Broń mnie przed tym, panie Boże. Ale być może ten przykład komuś się przyda.

Zatem - czego dowiedziałem się w sobotę?

1. Udar słoneczny nie jest czymś, co przydarza się tylko innym. Tak naprawdę to nie wiem, czy to rzeczywiście był udar, choć sporo objawów się zgadza: nudności, wymioty, obfite pocenie się, ogólne osłabienie, zaburzenia oddychania, bóle głowy, sztywność karku. A po ludzku: pękał mi łeb, nie byłem w stanie się ruszać, wymiotowałem, każdy oddech sprawiał mi ból, a woda lała się ze mnie strumieniami. Z wnikliwej lektury specjalistycznych stron i for internetowych wynika, ze do pełni objawów brakowało gorączki i utraty potliwości w późniejszej fazie. Prawdopodobnie do udaru pełną gębą jednak nie doszło.

Gdy w końcu dotarłem do domu nie byłem w stanie usiąść w zalecanej w takich sytuacjach pozycji półsiedzącej. Na szczęście znalazł się ktoś, kto obłożył mnie wilgotnymi ręcznikami i podał szklankę wody. Po dwóch godzinach byłem nawet w stanie wziąć chłodną kąpiel. To działania zalecane przy udarze słonecznym.

Więcej na temat udaru cieplnego i słonecznego, a także o metodach radzenia sobie z nim możecie przeczytać tutaj.

2. Na słońcu dobrze jest nosić czapkę i okulary. Pamiętałem o innych zaleceniach na taką pogodę: o płynach (nie tylko wodzie), uzupełnianiu kalorii po drodze i kremie ochronnym z filtrem. Na 40 stopni w cieniu to nie wystarczyło. Promienie UV przez kilka godzin próbowały ugotować mi mózg i prawie im się udało. Mogłem się lepiej przygotować.

3. Istnieje coś takiego, jak granica możliwości. Przejechanie dwóch ostatnich kilometrów przed metą zajęło mi godzinę. Co dwieście metrów po prostu się wywracałem (mając na tyle świadomości, żeby szukać miejsc zacienionych. Z jakichś powodów dwukrotnie oznaczało to także mrowiska), wyczołgiwałem spod roweru i starałem się nie zwymiotować, jednocześnie nie zapominając o oddychaniu. Dziesięć minut zdychania i kolejne dwieście metrów. W końcu jakoś dojechałem.

Granica możliwości u każdego leży gdzieś indziej - u mnie ze względu na ogólną formę fizyczną i zaniedbania z punktu drugiego jest być może dość blisko (choć wydawało mi się, że nieco dalej). Odkrywanie gdzie jest ta granica może być fascynujące. Ale zapewne czasem bywa tak, że człowiek najpierw tę granicę przekracza, a potem dopiero się orientuje, że przesadził.

4. Być może znajdą się obcy ludzie, którzy ci pomogą, kiedy zasłabniesz, ale liczyć na to jest naiwnością. Ile osób zapytało się mnie na tych ostatnich dwóch kilometrach, czy mi pomóc? Jedna. Na dodatek niemal na samym początku, kiedy sprawiałem jeszcze jako takie wrażenie. Raz leżałem nawet pod szpitalem, również przez nikogo nie niepokojony.

Dlatego dobrze jest badać swoje granice z kimś - zwłaszcza jeśli nie ma się w tym doświadczenia. Wiem, nie wszyscy lubią. Ja sam wolę jeździć pojedynczo. Ale właśnie na tych dwóch ostatnich kluczowych kilometrach zostałem bez pomocy*.

5. Margaret Mead, amerykańska antropolożka, powiedziała: "Nie daj sobie wmówić, że mała grupa pełnych wiary i zaangażowanych obywateli nie może zmienić świata; tak naprawdę tylko oni mogą tego dokonać". Nie chcę w Was budzić niezdrowego entuzjazmu, nie dowiedziałem się w sobotę, że Mead miała rację, dowiedziałem się tylko, że to powiedziała.

Ale to i tak budująca sentencja. Prawie jak fakt, że była to jedna z najprzyjemniejszych wycieczek rowerowych w jakich uczestniczyłem. I to nawet nie pomimo finału, a raczej dzięki niemu.

Bohdan Pękacki


*współrowerzysta zostawił mnie na moje wyraźne życzenie kilka kilometrów wcześniej. Śpieszył się, a ja zdecydowanie byłem hamulcowym. Nie chciałbym, żeby pomyślał, że mam jakiekolwiek pretensje.