Ściągnijmy rowerzystów na jezdnię

Wciąż po ulicach polskich miast zbyt wielu rowerzystów, również zdrowych, silnych i dorosłych, jeździ rowerem po chodniku, często siejąc postrach wśród pieszych. Oczywiście za tę sytuację odpowiada wiele instytucji - zarządcy dróg, policja, straż miejska itd. Ale poprawić ją możemy my sami - rowerzyści i rowerzystki. Jak to zrobić?

konkurs

Infrastrukturalny koszmar

Problem z rowerzystami na chodnikach jest oczywiście złożony. Z pewnością jednym z ważniejszych powodów, dla których część osób poruszających się rowerami łamie przepisy i slalomuje wśród pieszych, jest brak odpowiedniej infrastruktury. Nie chodzi jedynie o to, aby ścieżki rowerowe prowadziły wszędzie - to jest całkowicie niewykonalne. Ale nawet tam gdzie już są, prowadzone są czasami w taki sposób, że wręcz wymuszają poruszanie się niezgodnie z przepisami. Jeśli kończą się nagle, trudno oczekiwać, że rowerzysta, który do tej pory dość bezpiecznie czuł się na drodze dla rowerów, zjedzie na jezdnię, przed którą ta droga do tej pory go teoretycznie chroniła. Również ścieżki prowadzące po jednej stronie dwupasmowej jezdni (i to często po tej stronie, gdzie jest mniej celów), nie zachęca do tego, by jadąc gdzieś po drugiej stronie zjeżdżać na jezdnię. Skoro jest ona na tyle niebezpieczna, by wytyczać wzdłuż niej separowaną infrastrukturę rowerową, dlaczego w drugim kierunku rowerzysta miałby poczuć się bezpieczniej? Kolejny problem to częste „ciągi pieszo-rowerowe”, które często powstają tam, gdzie drogowcy „nie mają dość miejsca” na infrastrukturę rowerową o odpowiednim standardzie. CPRy pozwalają wyrzucić rowerzystę z jezdni, choć nie dają mu odpowiedniego bezpieczeństwa i komfortu, a do tego oswajają nas z niedobrym przemieszaniem rowerów i pieszych.

Zła filozofia nadrzędności aut

Za to, że wciąż, będąc pieszymi, musimy uważać na rowerzystów, winę ponoszą więc niedoskonałe ścieżki rowerowe, które tych rowerzystów na chodnik wpychają, ale również filozofia, która za budową ścieżek stoi. W Polsce służą one bowiem wciąż przede wszystkim izolowaniu rowerów od aut, a nie zwiększaniu komfortu poruszania się rowerem po mieście. Skoro wciąż słyszymy o tym, że jezdnia nie należy do nas, trudno, abyśmy na nią wjeżdżali, gdy droga dla rowerów się kończy.

Tymczasem jest to oczywiście nieprawda. Rowerzysta jest pełnoprawnym użytkownikiem jezdni (o ile nie prowadzi wzdłuż niej droga dla rowerów w kierunku, w którym się porusza). I na tej jezdni (a nie na chodniku, który należy do pieszych) powinien się znajdować.

Mistrzowie kierownicy

Oczywiście w tym miejscu musi pojawić się argument o tym, że dopóki kierowcy nie będą stosować się do przepisów, nie będą jeździć z przepisową prędkością i wyprzedzać z zachowaniem dystansu, dopóty rowerzyści nie zjadą na jezdnię. Ten argument jest całkowicie zrozumiały. Ktoś, kto nie jechał rowerem drogą krajową wśród wielkich ciężarówek, wiecznie śpieszących się przedstawicieli handlowych i całej flotylli innych mistrzów kierownicy, mało wie o tym, skąd się biorą rowerzyści na chodnikach.

Największe niebezpieczeństwo na skrzyżowaniu, nie na drodze

Tyle tylko, że w miastach sytuacja wygląda już inaczej. Tu, jeśli nawet dochodzi do kolizji, czy wypadku auta z rowerem, dzieje się to w okolicy skrzyżowań, na przejściach czy przejazdach - w miejscach, gdzie rowerzysta tak czy siak się pojawi, bez względu na to, czy jedzie po jezdni czy po chodniku. Troska o bezpieczeństwo niekoniecznie więc zostaje zaspokojona poprzez przeciskanie się przez chodnik. Ponadto w każdym mieście, poza wielkimi „miejskimi autostradami”, na które często naprawdę strach wjechać rowerem, mamy z reguły sieć niewielkich ulic o spokojniejszym ruchu, gdzie rowerzystom, o ile poruszają się sprawnie, naprawdę nic nie grozi.

Uczmy się przepisów ruchu drogowego

I tu dochodzimy do kolejnego punktu, a mianowicie do kompetencji. Wielu rowerzystów, nie tylko początkujących, niekoniecznie wierzy w swoje umiejętności, część nie zna przepisów ruchu drogowego. Jeśli nie mają prawa jazdy i nie chodzą do 5 klasy podstawówki, trudno jest im tę wiedzę zdobyć (szkolenia z jazdy rowerem w ruchu miejskim to wciąż bardzo rzadkie zjawisko). Jeśli nie znasz przepisów dotyczących pierwszeństwa na skrzyżowaniu lub nie wiesz, co oznacza biała strzałka na niebieskim kółku, możesz rzeczywiście czuć pewną niechęć do jezdni. Na chodniku przecież przepisy nie obowiązują.

A jednak obowiązują. I dość dokładnie określają, kiedy rowerzysta może chodnikiem się poruszać. Nigdy dość powtarzania, że jazda rowerem po chodniku dopuszczalna jest gdy rowerzysta ma mniej niż 10 lat (wtedy w ogóle zgodnie z przepisami nie jest rowerzystą tylko pieszym), gdy towarzyszy dziecku do 10 lat jadącym na rowerze, gdy prędkość dopuszczalna na jezdni przekracza 50 km/h, a szerokość chodnika wynosi minimum 2 metry oraz gdy na drodze panują trudne warunki atmosferyczne. W pozostałych przypadkach (czyli z reguły), rowerzysta powinien zjeżdżać na jezdnię. Jak go jednak do tego przekonać?

Weźmy sprawy w swoje ręce

Nie robią tego zarządcy dróg, budując je w sposób wręcz zniechęcający do jazdy rowerem. Nie robi tego policja, ignorując z reguły wykroczenia (oni też poruszają się samochodami i woleliby pewnie na jezdni rowerzystów widzieć jak najmniej), nie robi tego szkoła, nie prowadząc żadnej sensownej edukacji na temat bezpieczeństwa w ruchu drogowym, nie robią też tego piesi, którzy albo pokornie ustępują rowerzystom drogi, albo wylewają na nich wiadra pomyj, dostając w zamian co najmniej to samo. Może więc czas, by za ściąganie rowerzystów na jezdnie zabrali się sami rowerzyści. My?

Nie mam tu na myśli żadnej szeroko zakrojonej akcji społecznej. Skupmy się na małych i łatwych do osiągnięcia celach. Zgłośmy się do swoich bliskich i znajomych, rodziny, sąsiadów, kogoś, kto jeździ rowerem, ale boi się zjechać na jezdnię. Zaproponujmy im wspólną przejażdżkę. Przypomnijmy podstawowe przepisy. Spróbujmy razem z nimi znaleźć taką trasę, żeby mogli poczuć się pewnie na jezdni. Możecie przy tym korzystać z naszych instrukcji. Z mojego doświadczenia wynika, że dwie-trzy wspólne przejażdżki z bardziej doświadczonym rowerzystą wystarczają „chodnikowcom” do nabrania wiary w siebie. Może nie od razu zjadą na jezdnię w 100%, ale ważne, żeby zaczęli próbować. Żeby zrozumieli, że to jest miejsce dla nich.

Im nas więcej tym bezpieczniej

Gdyby każdy z nas do zimy namówił na jazdę zgodną z przepisami 2-3 osoby, to za kilka miesięcy problem rowerzystów na chodnikach byłby widocznie mniejszy. Dlaczego zaś mielibyśmy o to się starać? Jest przynajmniej kilka dobrych powodów. Po pierwsze opinia publiczna nie jest zbyt wnikliwa i lubi uogólniać  - każde niebezpieczne zachowanie rowerzysty (a przy slalomie między pieszymi o niebezpieczeństwo nie jest trudno) obciąża również tych, którzy jeżdżą poprawnie. Po drugie statystyki potwierdzają, że im więcej rowerzystów na drogach, tym kierowcy aut zachowują się wobec nich ostrożniej, czyli wszyscy jesteśmy bezpieczniejsi. Po trzecie wreszcie: jazda rowerem w dobrym towarzystwie jest bardzo przyjemna. A świadomość, że się komuś pomogło odzyskać choćby kawałek miasta - jeszcze przyjemniejsza. No to do dzieła! Informujcie nas o swoich postępach!

Więcej o: