Z rowerem na koniec świata

Na dwóch kółkach dotrzemy niemal wszędzie. Tam, gdzie na nogach byłoby za daleko, i tam, gdzie nie wpuszczą nas samochodem. Odwiedzimy pogańskie miejsca kultu, cysterskie świątynie i protestanckie zbory. Zobaczymy bałtyckie klify i hinduskie słonie.

konkurs

Najczęściej wykorzystujemy rower jako środek lokomocji, dzięki któremu możemy poruszać się po mieście albo pojechać na weekendową wycieczkę. Tymczasem może on być także bardzo przydatnym środkiem turystycznej komunikacji pomocniczej. Brzmi tajemniczo? Proszę bardzo, oto konkretny przykład.

Pomodlić się w Arkonie

Niedawno płynęliśmy żaglówką wzdłuż wybrzeży Rugii. Zależało nam na dotarciu do Arkony, słynnego miejsca kultu pogańskiego słowiańskich Pomorzan i Ranów. Niestety, w okolicy Arkony nie ma żadnej przystani jachtowej, bo wybrzeże jest tam bardzo wysokie, klifowe. Do tego wiatr akurat zdechł, a w baku mieliśmy opary paliwa, więc zmuszeni byliśmy zawinąć do portu już w Sośnicy (niem. Sassnitz). No dobrze, troszeczkę skłamałem - wiatr duł aż za mocno, a my byliśmy już zmęczeni walką i z nim, i z wysokimi falami. Do tego mapę mieliśmy kiepską - nie do końca było wiadomo, czy kolejne porty to mariny czy tylko mola, do których przybijają wycieczkowe stateczki. W każdym razie znaleźliśmy się w tej Sośnicy, 35 km od Arkony i zadowoliliśmy się pieszą wycieczką do podmiejskiego Parku Narodowego Jasmund, który też zresztą jest piękny, słynny na całe Pomorze ze swoich kredowych klifów.

Gdybyśmy mieli jednak większą łódź, a nie niespełna siedmiometrową łupinę, moglibyśmy wziąć na pokład składaki.

Nie jest to swoją drogą żadne odkrycie, bo w Niemczech robi tak wielu żeglarzy. A jeśli nawet nie w smak byłoby nam pokonywać składakiem 70 km, mogliśmy rozejrzeć się po mieście w poszukiwaniu wypożyczalni rowerów. Znajduje się ona przy ulicy Fischerring, zaledwie półtora kilometra od portu. Wypożyczymy tam rowery trekkingowe, za które w zależności od liczby przerzutek zapłacimy 5 - 7 euro. Podróż do Arkony trekkingiem to już przecież spokojna, jednodniowa wycieczka. W dodatku w powrotnej drodze moglibyśmy przywieźć na łódź baniaki pełne paliwa, no i oczywiście także odwiedzić Jasmund. Niestety, zmęczenie walką z groźnym żywiołem sprawiło, że taka możliwość nie wpadła nam wówczas do głowy. Dopiero po powrocie do domu, odnalazłem rzeczoną wypożyczalnię w Internecie

Pod granicę ukraińską

Nie interesują was pogańskie miejsca kultu, a tak w ogóle żeglarstwo uważacie za burżujskie zawracanie głowy? No dobrze, to inny przykład. Jedziemy w Bieszczady, żeby połazić po nich z plecakiem od schroniska do schroniska. Trudno o mniej burżujską rozrywkę, prawda? Do Zagórza dotrzemy pociągiem, do Cisny autobusem, a dalej możemy już wędrować graniami pieszo, choćby i do samego Wołosatego. Jeśli mamy jednak jakieś specjalne życzenie, np. odwiedziny u źródeł Sanu nieopodal wioski Sianki, mogą pojawić się problemy. Pieszo jest tam daleko, do tego w Bieszczadach nie ma aż tylu schronisk, żeby mieć gdzie po drodze nocować, a namiotu w parku narodowym rozbijać nie wolno. Oczywiście możemy w góry pojechać samochodem, ale i nim dojechalibyśmy tylko do Bukowca. Dalej jest zakaz. Autobusy tam też nie kursują, bo to "koniec świata", tuż pod wciąż jeszcze zamkniętą granicą ukraińską. Rower wydaje się więc rozwiązaniem w takiej sytuacji idealnym. W Bieszczadach wypożyczalnie znajdziemy w Wetlinie, Polańczyku i Lutowiskach.

- Ja wypożyczyłem pojazd w Wetlinie - mówi Albin Lemański, doświadczony turysta zarówno górski, jak i rowerowy. - Zapłaciłem 35 zł za dzień plus 20 zł za dowiezienie jednośladu w okolice Ustrzyk Górnych. Niestety, maszyna chodziła dość ciężko, do tego nie miała ani bagażnika, ani nawet oświetlenia. Jakoś jednak te sto kilometrów w jeden dzień pokonałem - śmieje się. - Na przyszłość wezmę pewnie z domu lampki diodowe - deklaruje.

Cystersi i Naszyjnik Północy

Oczywiście możemy też zabrać z domu swój wypasiony i w pełni wyposażony rower górski lub trekkingowy. Za przewóz jednośladu pociągiem Intercity zapłacimy 9,10 zł.

rower w pociągu fot. Justin Evidon, źródło: metrotransit.org

Z Zagórza do Cisny czeka nas 45 km pedałowania, z takimi atrakcjami po drodze, jak ostre podjazdy czy sapiące nam za plecami, wysłużone autobusy. Dla niektórych osób jednak bez takich atrakcji nie ma wakacji.

- Tym, którzy lubią się zmęczyć, proponuję wypad pociągiem do Wągrowca, a potem powrót do domu szlakiem cysterskim - podsuwa Andrzej Kaleniewicz, wytrawny turysta rowerowy z Poznania.

Szlak biegnie przez Pałuki, liczy 143 km i jest niewątpliwie ciekawy, jako że prowadzi przez takie m.in. miejscowości, jak Tarnowo Pałuckie, gdzie znajduje się najstarszy w Polsce, czternastowieczny drewniany kościół pod wezwaniem  św. Mikołaja.

- To, że kościółek jest drewniany i zabytkowy to jeszcze nic - mówi Andrzej Kaleniewicz. - Radzę wejść do środka, gdzie można podziwiać przepiękne polichromie - zachwyca się.

Inna propozycja naszego rozmówcy to Greenway Naszyjnik Północy. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się 870-kilometrowa pętla rowerowa biegnąca przez Pomorze Środkowe i Gdańskie. Jedna trzecia trasy to drogi leśne, są też dukty polne, ale większość to spokojne asfaltówki. Jeżeli zmęczy nas jazda i upał, możemy ochłodzić się w jednym z licznych na Pomorzu jezior, w tym w Drawsku - drugim co do głębokości w Polsce. W zależności od kondycji pętlę można pokonać w ciągu od półtora do trzech tygodni.

- Z Poznania pociągiem dotrzemy do Okonka, a potem już rowerem spokojnie popedałujemy przez tak malowniczo położone miejscowości, jak Złotów, Borne Sulinowo, Czaplinek, Drawsko Pomorskie, Połczyn Zdrój, Chojnice czy Tuchola - wylicza A. Kaleniewicz. - A po powrocie do Okonka znów wsiądziemy w pociąg i wrócimy do domu.

Śladami Armii Czerwonej

Borne Sulinowo to słynne w czasie PRL-u miasto - widmo, zaanektowane przez Armię Czerwoną. Połczyn Zdrój to kurort z ładnym parkiem zdrojowym. Chojnice słyną ze swojej czternastowiecznej bramy miejskiej, a Tuchola to brama do Borów Tucholskich.

Oczywiście po to, żeby przejechać się jednośladem po lesie, nie musimy pedałować całymi tygodniami. Bagażnik na rower kosztuje od kilkudziesięciu do kilku tysięcy złotych. Wystarczy załadować bicykl na samochód, dojechać na skraj lasu i urządzić sobie tam krótką wycieczkę rowerową.

droga fot. MB

- Akurat jesteśmy w Sierakowie - śmieje się Kaleniewicz. - Rowery przywieźliśmy na dachu, przyczepkę dla dzieci w bagażniku i zaraz wyruszamy na szlaki Puszczy Noteckiej.

Zresztą, uchwyt na dachu samochodu wcale nie musi być potrzebny.

- Mam domek letniskowy nad Jeziorem Powidzkim, a w domku rower już na mnie czeka - mówi Izabela, zwolenniczka aktywnego wypoczynku. - Kiedy znudzi mi się już pływanie w jeziorze, wskakuję na siodełko i jadę na krótką wycieczkę do pobliskiego lasu.

Jacht, pociąg, samochód. Na tym wcale nie koniec pojazdów, którymi możemy przetransportować nasze dwa kółka w jakieś ładne miejsce. Z portów na polskim Pomorzu promy zabiorą zarówno nas wraz z rowerem do Szwecji czy do Danii. A Skandynawię śmiało można nazwać rowerowym rajem. Szwedzkie drogi są niemal puste, a szwedzcy kierowcy kulturalni. W śródmieściu Kopenhagi  rowerzystów jest więcej niż samochodów. No, a duński Bornholm to wyspa dla pieszego za duża, dla kierowcy za mała, a dla cyklisty w sam raz. Nie spiesząc się specjalnie, objedziemy ją w kilka dni. Warto, bo czekają tam na nas ruiny zamku, okrągłe kościółki luterańskie, urokliwe miasteczka i skaliste klify. Z Kołobrzegu na Bornholm przewieziemy rower za 50 zł (bilet w obie strony).

Na samo dno

Uważacie, że Rugia czy Bornholm to nudy? Wolelibyście jakieś odleglejsze wyspy? Proszę bardzo. Na hinduskie Andamany mamy z Polski aż 8 tys. km. Z Warszawy polecimy tam np. z przesiadkami w Kijowie, Delhi i Madrasie. Z Port Blair, stolicy Andamanów, dostaniemy się stateczkiem na oddalone o kolejne kilkadziesiąt kilometrów wysepki Neil czy Havelock. Pierwsza ma kilka kilometrów długości, druga ok. 20. Pieszo poruszać się tam niewygodnie, zwłaszcza w upale, a samochodu nie wynajmiemy. Rozwiązaniem są tuk-tuki (motoriksze) albo wypożyczenie roweru. Nie trzeba dodawać, że tylko to drugie rozwiązanie daje nam prawdziwą niezależność. I to pomimo, że andamańskie wypożyczalnie oferują proste maszyny miejskie bez przerzutek, a wyspy są zdecydowanie pagórkowate.

Rowerem wynajętym na kempingu Pearl Park szybko dotrzemy na drugi koniec wyspy Neil, gdzie znajduje się plaża z kąpieliskiem, a po drodze możemy jeszcze odwiedzić bazar i wypić herbatę w knajpce Blue Sea Restaurant, wysłuchując przy okazji historii życia właściciela. Na wyspie Havelock rower wynajmiemy albo w okolicach portu, albo w wiosce Govind Nagar, zwanej też "wsią numer trzy" (taki dziwny, miejscowy zwyczaj numerowania miejscowości). Po drodze na kąpielisko w Ratha Nagar możemy nie tylko coś zjeść w licznych knajpkach (a hinduskie jedzenie jest naprawdę pyszne!), poprzekomarzać się z biegającymi luzem psami czy przyjrzeć spacerującym plażą słoniom, ale  i ponurkować. Na wyspie znajduje się bowiem baza nurkowa. W ten sposób dotrzemy także i tam, gdzie nie dowiezie nas nawet rower - nie tylko na koniec świata, ale też na samo dno.

Podsumowując - nawet jeśli na początku nie planujemy podróży rowerem, zawsze bierzmy pod uwagę, że być może warto ją będzie w pewnym momencie w rowerową eskapadę przekształcić.