Po czym poznać, że dane miasto jest przyjazne rowerom?

Co właściwie oznacza, że miasto jest przyjazne rowerom? Czy miasto jest przyjazne, gdy ma 500 km dróg rowerowych? A może potrzebny jest 1000 km? Jak zmierzyć przyjazność miasta? To nie jest takie proste.

Polskie miasta ścigają się w udowadnianiu, jak bardzo są przyjazne rowerzystom. Warszawscy urzędnicy twierdzą, że w mieście jest aż 270 kilometrów dróg rowerowych. Wrocław chwali się Oficerem Rowerowym i otwartą dla rowerów Starówką (poza rynkiem). Gdańsk buduje drogi rowerowe z najwyższej jakości nawierzchni (mastyksu grysowego). Tczew ma certyfikat BYPAD, a Kraków - najlepsze standardy i wzorcowy kontrapas (na ul. Kopernika).

W tym chaosie informacyjnym osobie niejeżdżącej na rowerze trudno jest ocenić, czy dane miasto jest naprawdę przyjazne rowerom, czy nie. Dane z poszczególnych miast są bowiem niepełne i nie da się ich porównać. Często dla przeciętnego Kowalskiego są też zwyczajnie niezrozumiałe. Co wiec trzeba zrobić, by móc sobie odpowiedzieć na pytanie: "Czy moje miasto jest przyjazne rowerzystom?"

1) Zapomnijcie o kilometrach.

Ilość kilometrów dróg rowerowych nie świadczy o przyjazności miasta

Miasta chwalą się kilometrami dróg rowerowych. Nie ważne, że są z tandetnej kostki lub w miejscu, gdzie i tak nikt nimi nie jeździ. Liczy się tylko liczba oddanych do ruchu kilometrów - zupełnie jakby budowanie było celem samym w sobie.

Tymczasem infrastruktura to tylko środek do osiągnięcia celu. To narzędzie w ręku władz miasta, które budując - chcą coś osiągnąć. Dlatego zapomnijcie o liczbie dróg rowerowych. Zapomnijcie o kilometrach pasów rowerowych. Nie liczcie kontrapasów i stojaków. Zapomnijcie o wszelkich super-fachowych metodach i badaniach naukowych.

Prawdziwych wskaźników pokazujących przyjazność miasta dla rowerzystów trzeba bowiem szukać zupełnie gdzie indziej.

2) W przyjaznym mieście jeździ się w normalnym ubraniu.

W mieście przyjaznym rowerzystom jeździ się w normalnym ubraniu.

O przyjazności miasta świadczyć może chociażby wygląd rowerzystów. Jeżeli, aby wyjść na rower, trzeba  nałożyć na siebie kask, zbroję, ochraniacze i dwie kamizelki odblaskowe, to z pewnością nie jest to miasto przyjazne rowerzystom.

Zatem jak wygląda typowy rowerzysta w przyjaznym dla rowerów mieście? Wygląda on zupełnie jak typowy nie-rowerzysta. Jeżeli ludzie chodzący po ulicach są tak samo ubrani jak ci jeżdżący po nich rowerami, to jest spora szansa, że jesteśmy w mieście przyjaznym rowerom.

Przykładem niech będzie tu Amsterdam. Tam praktycznie nikt nie jeździ w kasku. Jeżeli spotkamy tam rowerzystę w kamizelce odblaskowej, możemy mieć niemal sto procent pewności, że jest to turysta (być może z Polski). Zaś osobą w stroju kolarskim będzie albo kurier, albo kolarz podczas treningu. Normalni rowerzyści zaś po prostu nie muszą ubierać się jak ufoludki, by móc tam jeździć na rowerze. Mają wybór - bo żyją w przyjaznym rowerzystom mieście.

3) W przyjaznym mieście możesz jeździć na dowolnym typie roweru.

W przyjaznym mieście możesz jeździć na dowolnym typie roweru.

Jeżeli musisz kupować specjalny rower z terenowymi oponami i pełnym zawieszeniem, by móc wygodnie jeździć po drogach rowerowych, to z pewnością coś jest nie tak z miastem po którym jeździsz.

W naprawdę przyjaznym rowerzystom mieście rowerzysta może mieć pewność, że na szlaku rowerowym nie zakopie się w błocie, ani nie uszkodzi obręczy na za wysokim krawężniku. Ma tę pewność niezależnie od tego, czy będzie jechał rowerem górskim, na obładowanym bagażem trekingu, kolarce o cieniutkich oponach, czy na rowerze poziomym. Także jeżeli będzie wiózł dziecko w foteliku albo psa w przyczepce. W takim mieście rowerzysta po prostu posiada wolność wyboru własnego roweru.

Jeżeli więc w mieście co chwila spotykasz na drogach rowerowych grupy trenujących kolarzy, kurierów śpieszących się, by rozwieźć paczki, osoby wiozące dzieci w fotelikach lub przyczepkach, albo posiadaczy rowerów poziomych, to możesz być pewny - miasto w którym jesteś, jest przyjazne rowerom.

4) Miasto przyjazne, to miasto przyjazne każdemu rowerzyście.

W mieście przyjaznym rowerzystom nie strach puścić dziecka na rower.

Wiele lat temu stowarzyszenie Zielone Mazowsze próbowało określić wymagania jakie są stawiane warszawskim rowerzystom przez miejskich urzędników. Okazało się, że warszawski cyklista powinien w przybliżeniu być... supermanem. To wiele mówi o przyjazności Warszawy dla rowerzystów w tamtym czasie.

Tymczasem przyjazne rowerom miasto poznać można po tym, że na rowerze jeżdżą tam dosłownie wszyscy, a zwłaszcza ludzie nie szukający ekstremalnych doznań. Można więc w nim spotkać na rowerach zarówno wysportowanych, młodych mężczyzn, jak i płeć piękną, osoby starsze, inwalidów, czy dzieci. Jeżeli bowiem jakiś rodzic nie obawia się wypuścić na drogę rowerową swojego kilkuletniego dziecka, to mówi wiele o bezpieczeństwie w mieście (nie tylko o bezpieczeństwie ruchu drogowego, ale także o braku zagrożenia kradzieżą roweru, czy rozbojem).

5) Miasto przyjazne nie wstydzi się roweru.

Reklama przebudowy obwodnicy w holenderskim Zwolle

Miasto przyjazne rowerzystom nie może też bać się lub wstydzić roweru. Poza budową odpowiedniej infrastruktury, zachęcenie ludzi do przesiadki na rower wymaga odpowiedniej promocji. Jasnego powiedzenia mieszkańcom, że władze chcą, by jeździli oni rowerami. Nie da się tego zrobić, gdy urzędnicy miejscy miasta twierdzą (jak p. Marek Woś), że miasto "to nie wieś, by po nim rowerem jeździć", radni boją się przeznaczyć pieniądze na rowery, a prezydent obawia się innowacyjnych działań.

Miasto przyjazne rowerom musi dawać jasny sygnał mieszkańcom, że stawia na rowery. Codziennie jeżdżący rowerem urzędnicy i radni nie tylko zachęcają kolejnych mieszkańców do przesiadki na rower, ale też sami poznają problemy rowerzystów i dążą do ich likwidacji. Nie boją się również stosować rozwiązań nowoczesnych (jak śluzy, kontrapasy rowerowe, strefy tempo 30), czy wręcz innowacyjnych.

Za przykład niech posłuży tu holenderskie Zwolle. To miasto, w którym nawet informacje o przebudowie miejskiej obwodnicy dla aut połączono w zręczny sposób z tematem roweru (patrz: zdjęcie powyżej). Miasto, w którym - jeżeli pada deszcz - sygnalizacje świetlne przeprogramowują się automatycznie, by szybciej i częściej dawać rowerzystom zielone światło (by ci nie mokli, stojąc). Odsetek jeżdżących rowerami urzędników przekracza tam odsetek pozostałych jeżdżących rowerami mieszkańców. To jest naprawdę wyraźny sygnał by przesiadać się na rower. I to działa!

6) W przyjaznym mieście jeździ i parkuje mnóstwo rowerów.

W przyjaznym mieście pełno jest rowerzystów.

Na koniec banał, ale wbrew pozorom - kluczowy. Nie ma miast rowerowych bez rowerów i rowerzystów. Rower to pojazd bardzo demokratyczny - ludzie głosują nogami, czy ich miasto jest według nich przyjazne rowerom, czy nie.

Celem budowy dróg rowerowych, stawiania stojaków i wszystkich innych działań prorowerowych jest to, by na rowery przesiadło się możliwie najwięcej ludzi. Jeżeli rowerzyści z danego miasta są niezadowoleni (i organizują protesty, np Masy Krytyczne), a po drogach rowerowych w mieście hula wiatr , to miasto nie może zostać uznane za przyjazne rowerzystom, choćby nie wiem jak bardzo urzędnicy twierdzili, że jest inaczej.

I odwrotnie - jeżeli w danym mieście wszędzie widać pełno rowerzystów, trudno znaleźć wolne miejsce na rower w stojakach, albo zrobić zdjęcie ulicy bez roweru w kadrze, to nie ma najmniejszego znaczenia, czy miasto stawia na budowę dróg rowerowych, pasów, kontrapasów, stref ruchu uspokojonego, stojaków, czy innych rozwiązań technicznych. Nie gra roli, czy ma oficera rowerowego, pełnomocnika, czy inne struktury w urzędzie. Miasto pełne zadowolonych rowerzystów, to z pełnością miasto rowerzystom przyjazne.

Rafał Muszczynko