Co zrobić, by na rowerowym szlaku nie trafił szlag

Z reguły, kiedy z codziennego rowerzysty miejskiego zmieniam się w weekendowego rowerzystę podmiejskiego, wybieram mniej uczęszczane szosy, by cieszyć się prędkością, jaką po gminnym asfalcie może rozwinąć moja wiekowa, ale wciąż rącza kolarka. Tym razem jednak wybrałem się do przyjaciół mieszkających niedaleko Krakowa i wstąpiłem na niezbyt przeze mnie wcześniej rozpoznany szlak małopolskich szlaków rowerowych. Wstąpiłem na moment, ale ten moment wystarczył, by stwierdzić, że gminne szlaki rowerowe mają z miejskimi drogami dla rowerów jedną wspólną cechę - są ostatnim miejscem, po którym chce się jeździć rowerem.

Okolica jest turystyczna, więc zgodnie z obowiązującą modą, roi się w niej od charakterystycznych zielonych, czerwonych, niebieskich i czarnych strzałek z rowerzystą. Ponieważ pojechałem na weekend z trzyletnią córką, którą wożę w przyczepie, postanowiłem skorzystać z sieci rowerowych szlaków. Cóż, dzięki temu miałem okazję przetestować przyczepę w terenie. Oczywiście woziłem już córkę wielokrotnie w przyczepie na wycieczki, ale po raz pierwszy taką przewózkę mogę nazwać testem. Testowana była wytrzymałość zawieszenia, odporność na wywrotkę, agresywność bieżnika w głębokim błocie, nieprzemakalność pokrycia przyczepy oraz miłość mojej córki do wycieczek rowerowych.

Nie wiem, jak to się działo, ale zawsze, gdy wjeżdżaliśmy na rowerowy szlak, droga robiła się diabelnie stroma, okrutnie wąska, nieznośnie wyboista, pocięta kilkudziesięciocentymetrowymi koleinami wypełnionymi szlamem, zawalona drzewami, zarośnięta krzakami, wysypana głazami i poprzecinana strumieniami. Co ciekawe, większość szlaków pieszych oraz zwykłych polnych czy leśnych dróg bez oznaczeń szlakowych, było pozbawionych tych walorów (a z reguły nie pozbawionych uroków krajoznawczych).

Muszę powiedzieć, że nawet częściowo rozumiem, że w kraju, w którym wciąż najpopularniejszym rowerem jest rower "górski", szlak rowerowy przypomina raczej przeprawę przez Andy niż coś, na czym można spędzić uroczy weekend z teściami. Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do wyprawy przez Andy, zielony szlak 20 kilometrów od Krakowa nie daje mi od początku jasnych wskazówek, że mogę zginąć, jeśli nie mam czekana, liny i zapasu żywności na 2 tygodnie.

W przypadku szlaku rowerowego oprócz trudności ważna jest jeszcze grupa docelowa. Szlak dla mieszczucha zasadniczo będzie różnił się (choćby nawierzchnią) od szlaku "dirtowego" czy "downhillowego". To tak, jakby nartostrady zjazdowe były oznaczane tak samo jak biegowe (a najlepiej - tak samo jak wyciągi dla narciarzy wodnych). Czy tak musi być? Jeździłem po szlakach rowerowych w różnych europejskich krajach. Wiele z nich było tak oznaczonych (choćby na mapie), że wiadomo było, które fragmenty poprowadzone są asfaltem, które drogą szutrową, a które po kopnym piachu. Fajnie byłoby, gdyby także w Polsce szlaki rowerowe miały oznaczenia pokazujące do jakiego rodzaju turystyki rowerowej są przeznaczone. Jeśli będę miał wystarczającą informację o tym, czego spodziewać się po drodze, wycieczkę skomponuję sobie sam. Po czarnym, żółtym, czy fiołkowym szlaku. Niech one jednak mi do czegoś służą a nie tylko ładnie komponują się na mapie!

Drogie samorządowe jednostki odpowiedzialne za szlaki rowerowe! Nie można pochopnie ulegać przekonaniu, że każdy z nas dostał na komunię rower górski z pełnym zawieszeniem! Pamiętajcie o teściach i dzieciach. I nie zapominajcie również, że w definicji szlaku rowerowego nie ma żadnej wzmianki o tym, że musi on prowadzić najbardziej zapomnianą ścieżynką w waszej gminie. A, i jeszcze jedno, drogie samorządowe jednostki - wyślijcie nam mail (rowery@agora.pl), jeśli o tym wszystkim wiecie i moje doświadczenia z tego weekendu są tylko jakimś kuriozalnym i odosobnionym przypadkiem.

Konrad Olgierd Muter

PS: Przyczepa i córka test zdały.

A jak Twoje przygody na szlaku rowerowym? Pisz na rowery@agora.pl