Z dziennika rowerzysty miejskiego: Co robi miejski rowerzysta w weekend

Sobota, kierunek Góra Kalwaria. W życiu każdego miejskiego rowerzysty dojeżdżającego do pracy, od czasu do czasu zdarza się weekend. W weekend rowerzysta dojeżdżający do pracy patrzy na swój rower i myśli: "a cóż ja z Tobą mam dzisiaj począć?". Pewnym rozwiązaniem jest udanie się na wycieczkę za miasto. Innymi słowy, tak jak w zwykłym kierowcy samochodu może narodzić się rajdowiec, który każdy przejazd do kiosku po papierosy zamieni w odcinek specjalny, tak i w miejskim rowerzyście może narodzić się rowerzysta sportowo-turystyczny (jedyna różnica jest taka, że to drugie dziecko jest chciane i kochane, a to pierwsze to chorowity bękart).

Jeżdżenie rowerem za miastem różni się od jeżdżenia po mieście. Nie trzeba przystawać co 100 metrów na światłach, można z radością rozglądać się na boki (kwitną już słoneczniki, jeśli ktoś chciałby się poczuć jak na Tour de France), można jechać obok siebie (już niedługo legalnie), można oddychać pełną piersią. A do tego, jeśli trasę wybierze się prawidłowo, można po drodze spotkać więcej rowerzystów niż samochodów i poczuć się dzięki temu naprawdę dobrze.

 

Jednak to, co mnie szczególnie ujęło podczas ostatniego niemiejskiego weekendu, to pozdrowienia. Otóż rowerzyści na trasie zachowują się bardzo często tak, jak wędrowcy na szlaku i... pozdrawiają się. Unoszą rękę, kiwają głową albo uśmiechają się. Zasada trudna do wprowadzenia w warunkach miejskich, na wycieczce sprawia jednak wiele przyjemności. Tym bardziej, że jadąc ostatnio rowerem szosowym, zauważyłem, że coraz częściej przestają się liczyć rowerowe podziały kastowe. Szosowcy pozdrawiają gorali, górale trekingowców, trekingowcy rodziców z dziećmi, a dzieci wszystkich i wszystko na około. Też tak macie?

 

Następny weekend też na pewno będzie ładny.

 

Konrad Olgierd Muter

 

"Dziennik rowerzysty miejskiego" to rubryka, w której opisujemy nasze zwykłe codzienne rowerowanie. Chcesz podzielić się jakąś niezwykłą rowerową przygodą, która Cię spotkała, albo opowiedzieć zwykłą rowerową historię, jakich dziesiątki spotykają nas każdego dnia? Chcesz napisać własny odcinek "Dziennika rowerzysty"? Napisz na adres rowery@agora.pl.

Jeżdżenie rowerem za miastem różni się od jeżdżenia po mieście. Nie trzeba przystawać co 100 metrów na światłach, można z radością rozglądać się na boki (kwitną już słoneczniki, jeśli ktoś chciałby się poczuć jak na Tour de France: (http://cache.boston.com/universal/site_graphics/blogs/bigpicture/tdf_07_14/tdf6.jpg )), można jechać obok siebie (już niedługo legalnie), można oddychać pełną piersią. A do tego, jeśli trasę wybierze się prawidłowo, można po drodze spotkać więcej rowerzystów niż samochodów i poczuć się dzięki temu naprawdę dobrze.
Jednak to, co mnie szczególnie ujęło podczas ostatniego niemiejskiego weekendu, to pozdrowienia. Otóż rowerzyści na trasie zachowują się bardzo często tak, jak wędrowcy na szlaku i... pozdrawiają się. Unoszą rękę, kiwają głową albo uśmiechają się. Zasada trudna do wprowadzenia w warunkach miejskich, na wycieczce sprawia jednak wiele przyjemności. Tym bardziej, że jadąc ostatnio rowerem szosowym, zauważyłem, że coraz częściej przestają się liczyć rowerowe podziały kastowe. Szosowcy pozdrawiają gorali, górale trekingowców, trekingowcy rodziców z dziećmi, a dzieci wszystkich i wszystko na około. Też tak macie?
Następny weekend też na pewno będzie ładny.