Piesi na wojennej rowerowej ścieżce

Koronnym argumentem części rowerzystów, gdy tylko ich poprosić o to, żeby jeździli bezpieczniej (jak na przykład w tym tekście Konrada) jest "A przecież piesi wchodzą na ścieżki!". Drodzy rowerzyści, to nie piesi są naszym największym problemem.

Na ścieżkach rowerowych jeżdżę z premedytacją niebezpiecznie blisko i szybko pieszych, żeby nabrali odruchu strachu przed chodzeniem po ścieżkach rowerowych.

 

- pisze stpierre w komentarzach pod tekstem "Rowerzyści na chodniku - czy da się uniknąć masakry?", niejako odpowiadając na tytułowe pytanie. Co prawda dalszy ciąg jego komentarza w tym kontekście wywołuje uśmiech ("Uważam, że najważniejszy jest zdrowy rozsądek"), ale cała sprawa jest jednak poważna.

 

Sam denerwuję się za każdym razem, gdy muszę pieszego na ścieżce omijać i zdarza mi się za nim rzucić słowem powszechnie uważanym za obraźliwe. Zwykle się powstrzymuję, ale wtedy wychodzi jeszcze gorzej - na przykład wczoraj, hamując przed starszą panią i jej wnuczką wycedziłem tylko "Proszę zejść ze ścieżki, najlepiej na chodnik", co - gdy teraz odtwarzam sobie swój ton - zabrzmiało jeszcze niegrzeczniej, niż gdybym po prostu szpetnie zaklął.

 

A tydzień temu nakrzyczałem - zupełnie słusznie - na policjantów, którzy w czwórkę ucięli sobie pogawędkę na środku ścieżki.

 

Jednak i tak jestem aniołem w porównaniu z stpierrem i jemu podobnymi, wśród których jest co najmniej kilku moich kręcących znajomych. Wśród nich w dobrym stylu jest na przykład zamontowanie trąbki zamiast dzwonka, żeby straszyć naruszających świętą przestrzeń ścieżki rowerowej. Stpierre też nie jest na samym skraju ekstremum, znam człowieka, który regularnie celowo wpadał na pieszych, żeby udzielić im cennych lekcji o ruchu ulicznym.

 

Mam nadzieję, że na nich - tak jak jakiś czas temu na mnie - przyjedzie jednak otrzeźwienie. Bo, powtórzę, piesi nie są naszym największym problemem.

 

Są kierowcy, którzy łamią przepisy. Są rowerzyści, którzy łamią przepisy. I są piesi, którzy łamią przepisy. O ile jednak u kierowców i rowerzystów najczęściej wynika to z bezmyślności, brawury, lub wręcz złej woli, o tyle u pieszych - głównie z niewiedzy. Taki pieszy nie wie, że nie wolno chodzić po ścieżce, nie wie, że w danym miejscu w ogóle jest jakaś ścieżka, albo - najczęściej - ścieżki nie zauważył. To oczywiście go nie tłumaczy. Ale naprawdę macie pretensje to starszej pani, która idzie ścieżką z wózkiem z zakupami, ponieważ chodnik jest znacznie bardziej dziurawy? Albo do zakochanej pary, która tak zapamiętała się w swojej miłości, że nie zauważyła niewyraźnie narysowanej linii między chodnikiem, a ścieżką? Albo po prostu - facetem, który wyszedł na ścieżkę, bo tak ktoś zaprojektował wyjście z metra?

 

Wiem, wśród pieszych na ścieżkach są oczywiście zarówno Bogu ducha winne babcie, jak i wszechwładni (w swojej opinii) policjanci, nieliczący się z niczym i nikim. Ale po pierwsze - zwykle nie są aż tak bardzo trudni do ominięcia. Wystarczy jechać ostrożnie (tak, na ścieżce TAKŻE trzeba uważać). Można też na przykład zwrócić im uwagę. Nawet jeśli nie pomoże, to nie powinno zaszkodzić.

 

Po drugie gdybyśmy my na ich terenie (czyli na chodniku) byli w porządku, to mielibyśmy moralne prawo na nich narzekać. Ale jednak zwykle je sobie odbieramy, urządzając sobie slalom, albo zjeżdżając z jezdni w wygodnym dla nas i tylko dla nas miejscu. Nie jesteśmy święci. Piesi też nie są.

 

Naszymi głównymi problemami są brak infrastruktury, głupie przepisy i agresywni kierowcy. Moim osobistym problemem jest jeszcze ulica Belwederska w Warszawie, która z jakichś powodów, w przeciwieństwie do innych podjazdów, wyciąga ze mnie wszystkie siły. Z łatwością Wymieniłbym jeszcze kilka problemów, zanim doszedłbym do pieszych.

 

Do tego wszystkiego cały czas to tli się, to wybucha wielkim ogniem konflikt rowerzystów z kierowcami. Przyznaję szczerze - tu jestem mniej tolerancyjny. I wiem, że nie możemy prowadzić działań na dwóch frontach. Lepiej będzie, jeśli przy odzyskiwaniu przestrzeni miejskiej z rąk zmotoryzowanej mniejszości, pieszych będziemy mieć po swojej stronie.

 

Na rozwiązanie problemu ścieżkowych zawalidrogów proponuję dwie metody. O pierwszej, doraźnej, już wspomniałem - zwracajmy im uwagę. Zajmuje to dokładnie 5 sekund - "Przepraszam, proszę zejść ze ścieżki, bo będzie wypadek". Argument zwykle trafia. Oczywiście może się zdarzyć młody człowiek w stroju ogólnosportowym, który nie uzna siły tego argumentu, ale jego w ogóle trudno do czegokolwiek przekonać. Trąbienie, przejeżdżanie tuż obok, albo wpadanie na niego też nie pomogą.

 

Czasem człowiek na rowerze się śpieszy, lub jest w złym nastroju i nie ma czasu się zatrzymywać, by edukować. Ale czasem nie - i te momenty warto wykorzystać.

 

Druga metoda jest obliczona na działanie długofalowe: namawiajmy pieszych, żeby przesiedli się na rowery. Może nie wyjść ze starszą panią, może nie wyjść z policjantami. Jest jednak spora grupa ludzi, którzy są w przededniu swojego rowerowego oświecenia. Pomóżmy sobie, pomagając im! Jeśli będą sami jeździć na rowerach - czy codziennie do pracy, czy na niedzielne wycieczki z rodziną, czy turystycznie po Białostocczyźnie - ich świadomość będzie większa, staną się wrażliwsi na rowerowe bolączki, a w skutek tego zwiększy się szansa, że zrezygnują ze spaceru ścieżką, nawet jeśli do tej pory traktowali ją tylko jak chodnik z ciekawymi rysunkami.

 

Bohdan Pękacki

Więcej o:
Komentarze (89)
Piesi na wojennej rowerowej ścieżce
Zaloguj się
  • Gość: Gość

    Oceniono 37 razy 35

    Przyznam, że czasem zdarza mi się jechać chodnikiem. Ale tylko wtedy, kiedy poruszanie się jezdnią jest równoznaczne z samobójstwem - np. na Puławskiej w Warszawie. Kiedy jednak jadę chodnikiem, poruszam się z prędkością pieszego. Kiedy piesi blokują mi z przodu przejazd, nawet na nich nie dzwonię tylko grzecznie czekam na okazję, żeby ich bezpiecznie ominąć. Zdarza się czasem, że sami orientują się, że z tyłu jedzie rower i robią mi miejsce. ZAWSZE wtedy głośno i wyraźnie mówię "DZIĘKUJĘ", bo na chodniku jestem gościem.
    Co do poruszania się pieszych na ścieżkach rowerowych natomiast, to uważam to za szczyt bezmyślności. A już skandaliczne jest to, co można zobaczyć np. na Jeżewskiego na Kabatach, gdzie ścieżka rowerowa jest oddzielona od chodnika szerokim pasem zieleni. Nie przeszkadza to jednak bezmyślnym mamusiom o babciom wypasać swoje pociechy między przejeżdżającymi rowerami, w wielkich pretensjach, kiedy ktoś użyje dzwonka lub zwróci im uwagę.
    Dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa swoich dzieci zastanówcie się co robicie ! Bezmyślność może się skończyć naprawdę tragicznie !

  • Gość: Gość

    Oceniono 31 razy 23

    Przepraszam, a dlaczego ścieżki rowerowe w miastach zwykle są wyznaczane jako część chodnika, a nie część jezdni ? Wystarczyłoby je wytyczać w ten drugi sposób i byłby spokój. Niech rowery jeźdżą swoim pasem na tej samej płaszczyżnie, co inne pojazdy, a wówczas żadnemu pieszemu nie przyjdzie na myśl zejscie z krawężnika.

  • iffka

    Oceniono 26 razy 22

    Sto procent racji. Wkurzają mnie piesi i bywam nieuprzejma, ale powiem szczerze, ze dużo bardziej wkurzają mnie rowerzyści na ścieżkach. Piewszego da się usprawiedliwić, rowerzysty nie. Oto kilka przykładów z ostatnich dwóch dni: para zakochanych na rowerowej randce jadąca kierownica przy kierownicy ok. 7 km/godz. i blokująca skutecznie ścieżkę. Dzwonka nie słyszeli. Blondi z koszykiem pełnym kwiatów zatrzymała się na środku ściezki, bo zadzwonił telefon. Trzeba było pogadać. Na ścieżce! nastolatek, który postanowil udowodnić starszej pani (to ja), że jeździ szybciej - jak nie dało się inaczej, to jechał zygzakiem. A ja już byłam spóźniona do pracy. Przystojny młody czlowiek, który miał jakis problem z rowerem. Musiał rozwiązywać ten problem na środku scieżki. Dorzucmy do tego kilku takich, co sie zagapili i jechali środkiem, a przez słuchawki nie słyszeli dzwonka i kilku kolejnych, którym nagle wpadło do głowy, żeby ze ściezki zjechać - a po co dać znać reką czy odwrócić się za siebie?
    Naprawdę bardzo bym chciała, żeby moim głównym problemem byli piesi lub kierowcy. Moim problemem są inni rowerzyści. I przejazd przez Plac Trzech Krzyży ulicą:))))

  • Gość: Gość

    Oceniono 30 razy 20

    a ja mówię: dzyń, dzyń albo: gdzie masz kółka, kochanie?!

  • Gość: Gość

    Oceniono 21 razy 19

    Ha, ciekawy temat. Mieszkam w Holandii i zawsze, gdy przyjezdza rodzina/znajomi, w panice przeganiamy ich ze sciezek rowerowych :). Faktycznie tak jest, ze Polacy nie maja nawyku trzymania sie chodnika i sciezke rowerowa traktuja jak czesc tegoz. W Holandii ryzykuje sie w takiej sytuacji przetracenie paru zeber, tudziez udostepnienia rowka w dupie na parking rowerowy.

  • Gość: Gość

    Oceniono 24 razy 18

    Jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem o tym żeby pieszy dostał mandat za chodzenie po ścieżce rowerowej. Dlatego nie jeżdżę po ścieżkach, dużo bezpieczniej czuję się na ulicy, gdzie przez 30 lat nic mi się nie stało, a trzy próby jazdy po ścieżce rowerowej niewiele brakowało, a zakończyłyby się wypadkiem właśnie przez debili łażących po ścieżkach i w ogóle nie zwracających uwagi co się wokół nich dzieje, gwałtownie zmieniających kierunek, itd.
    Krew zalewa...

  • Gość: Gość

    Oceniono 26 razy 16

    Bóg mi świadkiem, wieeele razy miałam gigantyczną ochotę zrobić komuś z prywatnej dupy państwowy garaż. Ale nigdy nie rzucam w pieszych wiąchami, nie używam dzwonka (wychodzę z założenia, że ludzie to nie bydło, żeby ich przeganiać sygnałem dźwiękowym), zawsze wołam 'przepraszam' (ewentualnie dorzucam 'chodnik jest obok'). Jadąc po chodniku dostosowuję się do pieszych- czekam, aż mnie zauważą i przepuszczą, nie wciskam się między nich. Ogólnie remedium na bolączki wszystkich użytkowników dróg, ścieżek i chodników jest jedno- kultura + oczy w dupie. I wszystkim będzie łatwiej.

  • Gość: Gość

    Oceniono 24 razy 16

    Mieszkam od kilku lat w Niemczech w miescie, w ktorym rowery sa tak popularne, ze kwestia "rowerowych miejsc parkingowych" jest wrecz bardziej nosnym haslem wyborczym niz tradycyjne miejsca parkingowe.
    Przez dobre pol roku co i rusz jakis znajomy sciagal mnie ze sciezki rowerowej. Pare razy zostalam solidnie zrugana przez rowerzystow za bezmyslne wchodzenie pod kola. Az w koncu wyrobilam sobie odruch, jaki maja wszyscy mieszkancy tego miasta: chodnik nie konczy sie tam, gdzie jezdza samochody, chodnik konczy sie tam, gdzie jezdza rowery. I juz. Chodnik to chodnik, sciezka to sciezka, jezdnia to jezdnia. Przekraczanie granicy chodnik-sciezka nie powinno sie roznic niczym od przekraczania granicy chdonik-ulica. Wszyscy wiemy, jak zachowywac sie w stosunku do jezdni, dlaczego nie mamy tego oczekiwac w stosunku do sciezki? Nie uprawiajmy demagogii z cyklu "nie zauwazyl, nie wie, co to jest, zakochany byl, chodnik obok krzywy".
    I tak samo jak babci nie przychodzi do glowy isc po rownej jezdni samochodowej, tak nie powinno jej przychodzic do glowy chodzic po sciezce rowerowej. Niech pojdzie do radnego i zwroci mu na to uwage. Jak wszystkie babcie, zamiast chodzic po sciezce rowerowej, odwiedzalyby dyzur radnego, to mialyby prosty _bezpieczny_ chodnik w przyspieszonym tempie.

  • Gość: Gość

    Oceniono 17 razy 15

    Głównym problemem jest to, że w każdej grupie uczestników drogi jest sporo zaślepionych osobników, którzy nie chcą nawet spróbować zrozumieć innych użytkowników drogi, ani tym bardziej wykazać się wobec nich odrobiną życzliwości.
    Niestety ale brak życzliwości jest u nas w kraju bardzo powszechny, to nie jest tak że tylko dane grupy użytkowników drogi są chamskie wobec innych, tylko po prostu ludzie bywają chamscy. Idąc chodnikiem bardziej obawiam się innych pieszych niż rowerzystów, jadąc samochodem bardziej obawiam się innych kierowców niż rowerzystów czy pieszych.
    Przejeżdżać na dużej prędkości obok pieszych na drogach rowerowych przestałem, efektu to i tak nie daje, a można zrobić sobie albo komuś krzywdę, chyba niedługo spróbuję wkroczyć na "ścieżkę edukatora" ;)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX