Z dziennika rowerzysty miejskiego: Jak kupić używany rower i nie osiwieć

Mój obecny rower nazywa się Słoń z trzech powodów: po pierwsze na cześć Słonia z Długiej, po drugie ze względu na kolor, po trzecie - i to jest początek tej historyjki - ze względu na wagę. i mimo całej mojej słabości do tej maszynki, przyszedł czas, żeby kupić coś lżejszego. Przy pierwszej próbie prawie się udało.

Pojechałem więc - na Słoniu - na drugi koniec Warszawy, zdecydowany na w miarę szybką szosówkę, w miarę lekką i nie ignorującej kompletnie mojej potrzeby wygody. Sprzedawca wprawdzie spóźnił się na umówione spotkanie, ale za to poświęcił mi prawie dwie godziny, więc jesteśmy kwita. No, powiedzmy...

Dwie godziny wybierania to tylko brzmi błaho - ten za niski, ten za wolny, w tym nie można założyć grubszych kół, ten za krótki, a na tym walę się kolanami w brodę. W końcu ze stosu rowerów sprzedawca wyciągnął ogromnego Latającego Holendra (trochę jak na tych zdjęciach, ale z męską ramą), matowo-czarnego z eleganckimi chromowymi wstawkami. Przejedź się, mówi, zobaczymy czy to ten rozmiar.

I wsiadam. I jadę. I jest wygodnie i przyjemnie. I klasycznie. I elegancko. Po przejażdżce chwilę jeszcze debatujemy, ale jestem przekonany to ten. Teraz tylko wypolerować, przesmarować, założyć opony (białe? czarne? biało-czarne). Będzie do odbioru za dwa dni

Wracam do pracy, a że z drugiego końca Warszawy mam kawałek, więc jest czas pomyśleć. I zadać sobie kilka pytań:

Czy ja nie chciałem czasem kupić lekkiego roweru użytkowego? I czy właśnie kupiłem rowerową kanapę, niewiele lżejszą od Słonia? Czy na taki rower trzeba się jakoś specjalnie ubierać? Czy trzeba na nim jeździć w szaliku, niedbale przerzuconym na plecy? Czy będę na nim wyglądał głupio w trampkach i t-shircie? Zaraz, zaraz... CZY JA WŁAŚNIE WYBIERAŁEM KOLOR OPON?

Czy ja zawariowałem?

Dzwonię więc do sprzedawcy i zakłopotany tłumaczę: Nie rób. To nie jest rower dla mnie. Wiesz, śliczna dziewcznyna, naprawdę, ale kompletnie nie w moim typie. Gdzie ja się z nią pokażę? Przyjadę jeszcze raz, poszukam czegoś od nowa. Dzięki za cierpliwość.

Sprzedawca się nie obraził. Słoń dalej pozostaje numerem 1.

Bohdan Pękacki

Do poczytania - z dziennika rowerzysty miejskiego:

Bezpieczeństwo najważniejsze. Potem kask.

Gdy nagle na drodze zrobiło się miło.

"Dziennik rowerzysty miejskiego" to rubryka, w której opisujemy nasze zwykłe codzienne rowerowanie. Chcesz podzielić się jakąś niezwykłą rowerową przygodą, która Cię spotkała, albo opowiedzieć zwykłą rowerową historię, jakich dziesiątki spotykają nas każdego dnia? Chcesz napisać własny odcinek "Dziennika rowerzysty"? Napisz na adres rowery@agora.pl.