Z dziennika rowerzysty miejskiego: Bezpieczeństwo najważniejsze. Potem kask

Wtorek, przejazd do pracy. Jadę sobie spokojnie ciągiem pieszo-rowerowym przez park. Pieszych brak, rowerzystów niewielu. Przede mną majaczy sylwetka Bardzo Bezpiecznego Rowerzysty. Ma kask, odblaskową kamizelkę narzuconą na ubranie (i plecak), odblaskowe zaciski na nogawkach, lusterka po obu stronach kierownicy i całkowite oświetlenie. Jedzie dosyć powoli. Dałem się nabrać, że ostrożnie.

Ja nie pędzę, ale jestem szybszy, powoli przygotowuję się do wyprzedzenia Bardzo Bezpiecznego Rowerzysty z lewej strony, ale w tym momencie, nagle, bez sygnału ręką, bez obejrzenia się, rowerzysta powoli zaczyna zakręcać w lewo. Aby uniknąć zderzenia, odbijam w prawo i (korzystając z tego, że Bardzo Bezpieczny Rowerzysta znajduje się w tym momencie po lewej stronie ciągu pieszo-rowerowego) próbuję minąć go z prawej strony. Balet jednak trwa. Bardzo Bezpieczny Rowerzysta, uzbrojony w kask i odblaski, znowu bez sygnału i bez spojrzenia do tyłu, wykonuje zwrot w prawo. Z trudem go mijam i przez pozostałe do pracy 2 kilometry zastanawiam się, czy bardzo bezpieczne wyposażenie Bardzo Bezpiecznego Rowerzysty jest skutkiem czy przyczyną jego bardzo niebezpiecznej jazdy.

 

Jak powiedział Yehuda Moon, bezpieczeństwa nie można kupić.

 

Konrad Olgierd Muter