Kobiety na rowery. Do sióstr rowerzystek

Drogie Rowerzystki, drodzy Rowerzyści, w związku z trwającym Kongresem Kobiet i ważnym wątkiem pod moim tekstem o trudnościach napotykanych przez użytkowego rowerzystę - dzisiaj tekst o kobietach na rowerach.

Nie wiem, czy obserwację czytelniczki, która zauważa, że większość znanych jej osób dojeżdżających do pracy na rowerze to kobiety, da się rozciągnąć na całą populację. Moje pobieżne badania, które dzisiaj starałem się przeprowadzić na kilku miejskich skrzyżowaniach pokazują, że w Warszawie jest jednak kilku mężczyzn jeżdżących na rowerze (choć wielu z nich ubranych jest w lycrę, a niektórzy mają nawet ogolone nogi). Rzeczywiście daje się odczuć jednak pewną nadreprezentację kobiet.

 

Nie jest to miejsce, by pokusić się na wnikliwą analizę, z czego owa nadreprezentacja może wynikać. Postaram się jednak nakreślić kilka wątków, które być może zostaną pociągnięte przez jakąś socjolożkę czy antropolożkę kultury i zweryfikowane w oparciu o odpowiednią literaturę oraz obserwacje i wnikliwe badania.

 

Nie da się ukryć, że "kobieta na rowerze" nie jest obarczona tak poważnymi negatywnymi konotacjami jak "kobieta za kierownicą". Jeździć po mieście szybciej i wygodniej, a jednocześnie nie wywoływać kiepskich maczoistycznych żarcików, tylko wzbudzać zachwyt? Bezcenne.

 

Niebagatelne znaczenie ma zapewne również rosnąca moda na Cycle Chic. Rower staje się modnym gadżetem w miejskiej modzie. A i miejska moda całkiem nieźle wygląda na rowerze. Bycie modnym w Polsce to wciąż raczej domena kobiet niż mężczyzn. Tym drugim nie przeszkadzają garnitury wypchane na brzuchu i wygniecione na siedzeniu po samochodowej przepychance przez miasto.

 

Co więcej - przeciętna kobieta nie ma takiego parcia na symbole statusu jak przeciętny mężczyzna. Odpowiednio uwarunkowany kulturowo mężczyzna, zwiedzony reklamami produktów przemysłu motoryzacyjnego, łatwo daje się przekonać, że zostanie samcem alfa, gdy tylko wdepnie w dziesięcioletni kredyt na jakiegoś SUVa. Kobieta nie tylko nie musi być samcem alfa, ale również wie, że jest tysiąc lepszych sposobów na wydanie pieniędzy, niż samochód, który jest piekielnie drogi w utrzymaniu, trudno go zaparkować a do tego wygląda jak wypolerowana foka cierpiąca na akromegalię.

 

Rosnące znaczenie mają również inicjatywy takie jak Projekt Zębatka, dzięki którym kobiety mogą zerwać kulturowe więzy narzucone im na zajęciach praktyczno-technicznych w szkole (gdzie chłopcy walili młotkiem, a dziewczęta przygotowywały dla nich sałatki z majonezem).

 

Jednym słowem nadreprezentacja kobiet w miejskim ruchu rowerowym jest po prostu kolejnym dowodem na to, że kobiety są generalnie mądrzejsze, lepiej przystosowują się do życia, wykazują większym rozsądkiem i bardziej dbają o siebie i o innych niż mężczyźni.

 

W tej sytuacji nie wydaje się przypadkiem, że rower jest zdecydowanie bardziej popularny w krajach, w których pozycja kobiety tradycyjnie jest dowartościowana a tendencje równościowe są silne (Dania, Holandia, Szwecja, północne Niemcy), zaś stosunkowo mało popularny w krajach, w których rola kobiety jest ograniczona, a równość postrzegana jako fanaberia. Znana amerykańska sufrażystka Susan B. Anthony powiedziała w 1897 roku: "Myślę, że rower dla emancypacji kobiet zrobił więcej niż cokolwiek innego na świecie. Obdarzył kobietę poczuciem wolności i samowystarczalności. Zawsze, kiedy widzę kobietę na rowerze, przepełnia mnie radość. To obraz wolnej, nieskrępowanej kobiecości".

 

Czego z okazji Kongresu Kobiet z całego serca życzę Wam, Siostry Rowerzystki i Wam, ich bracia.

 

Konrad Olgierd Muter

 

A o tym, że nie wszędzie jest łatwo, opowiada ten film: