Maja Włoszczowska druga we Francji

Wicemistrzyni olimpijska przejrzała swoje groźne konkurentki i sprawdziła przy okazji swoich serwismenów. W St. Raphael finiszowała na drugim miejscu.

W Formule 1 zmiana kół trwa kilka sekund, niektóre teamy pracują nad tym, by zejść poniżej bariery czterech. Wymiana koła w rowerze górskim zajmuje profesjonalnemu serwismenowi właśnie cztery sekundy. Amator - można sprawdzić na sobie w domu - upora się z tym w trzy razy dłuższym czasie. Ale trasa wyścigu, prowadząca po wąskich, szutrowo-kamienistych i bardzo stromych ścieżkach (najgorszy miał 26 proc. nachylenia!) wzdłuż Lazurowego Wybrzeże, to coś innego niż warunki warsztatowe. Tam zmęczony, wspinający się pod górę kolarz musi z daleka zakomunikować swojej ekipie, jaki ma defekt (nie ma łączności radiowej), przekrzykując stojący przy trasie kilkutysięczny tłum (to we Francji norma). Mechanik, który ma tylko dwie ręce i jednocześnie wymienia zawodnikowi bidon z napojem (jeśli nie będzie pił regularnie, padnie po kilku kolejnych minutach), musi komunikat ten usłyszeć, wziąć odpowiednią część i wymienić ją w rowerze. Wtedy tętno wszystkich podchodzi pod 180 uderzeń na minutę - zawodnikowi, co jest całkiem zrozumiałe, i obsłudze, która stresuje się, by wszystkie operacje wykonać jak najszybciej.

W kolarstwie górskim na trasie wyścigu (we Francji były cztery rundy po mniej więcej 7 km) są dwie strefy techniczne, w których ekipa może wymienić zawodnikowi wszystko prócz ramy roweru oraz zaopatrzyć w napoje i batony energetyczne. W wyścigu I kategorii w St. Raphael Maja Włoszczowska krzyczała do swojego serwismena już w pierwszej strefie pierwszej rundy, że pękło jej mocowanie siodełka. Co prawda trzymało się ono na sztycy, ale kręciło we wszystkie strony. W takich warunkach przejechała pół rundy. Wymiana zajęła Grzegorzowi Dziadowcowi (ponoć najszybszy w Polsce rowerowy spec) 23 sekundy. Robił to sam, bo polska ekipa nie jest tak liczna jak pozostałych z czołówki.

Ale druga część rundy nie była dla Mai wiele bardziej komfortowa, bo wysokość siodełka jeszcze nie była optymalna, a do tego trzeba było odrabiać straty do uciekających rywalek. Dopiero w drugiej strefie technicznej dwóch innych członków ekipy z Polski poprawiło wszystko na dobre.

 


Do czasu awarii Maja była na czele i zanosiło się, że spokojnie wygra. - A i po tej usterce myślałam, że dogonię przeciwniczki. Trasa była długa i wymagająca, więc wydawało się, że mam wystarczająco dużo czasu - opowiada najlepsza polska kolarka.

Ale w St. Raphael, gdzie czołowe ekipy w poszukiwaniu godnych rywali przejechały po kilka tysięcy kilometrów, płaciły po kilka tysięcy euro za pobyt w bajkowym miasteczku nad samym morzem, Maja wcale nie była taka mocna. Jeszcze w środę miała gorączkę i wahała się, czy w ogóle wsiąść do samolotu. Jej koleżanki z grupy CCC Polkowice, które też startowały we Francji, również nie musiały być w czołówce (Magdalena Sadłecka skończyła na piątym miejscu, Aleksandra Dawidowicz - dziewiąta). - Zjechaliśmy niedawno z wysokich gór - mówi trener Andrzej Piątek. - Trenowaliśmy w takich warunkach 22 dni. Na wysokości brak tlenu zmusza organizm do jeszcze większej produkcji czerwonych krwinek, więc forma rośnie. Na nizinach tego tlenu jest więcej, więc organizm po kilku dniach doznaje szoku. Nasz dołek miał przypaść właśnie na Francję.

 



To był pierwszy sprawdzian ekipy trenera Piątka w Europie. Wcześniej w Izraelu jego kolarki zajęły trzy czołowe miejsca. Do St. Raphael zjechały jednak o wiele mocniejsze ekipy ze świetnie zapowiadającą się gwiazdą nie tylko kolarstwa, ale też kolorowych magazynów dla mężczyzn Terezą Hurickovą (była czwarta) oraz inną kandydatką do medalu na igrzyskach w Londynie Julie Bresset (wygrała). Kolejnym sprawdzianem dla Mai i jej koleżanek będą za trzy tygodnie zawody Pucharu Świata w Anglii. Być może uda się przy okazji zobaczyć trasę olimpijską, ale wszystko zależy od tego, czy PKOl załatwi taką zgodę od Anglików.

 

Żródło: Sport.pl