Marzenie Mai Włoszczowskiej: By ludzie kochali rowery

Maja Włoszczowska, wicemistrzyni olimpijska w kolarstwie górskim, wspiera imprezy sportowe dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie i promuje bezpieczną jazdę na rowerze. Ale dziennikarze pytają ją głównie o to, czy rozbierze się dla "Playboya" i dlaczego nie ma chłopaka
Dziadek Mai cały czas twierdzi, że jego wnuczka, zamiast kolarstwem, powinna była zająć się tenisem. Wszak tam wysiłek podobny, pieniądze większe, a kontuzji mniej. Maja, dziś zawodniczka CCC Polkowice, wbrew dziadkowi wybrała jednak kolarstwo. A w zasadzie to kolarstwo wybrało ją. - To wszystko wyszło przypadkowo, nie planowałam, że zostanę zawodowcem. Po prostu jako dziecko dużo jeździłam na rowerze z moją mamą Ewą i bratem Michałem. Latem co niedzielę zdobywaliśmy nowe szczyty. Potem z niedzieli zrobiły się całe weekendy, a później doszły wtorki i środy - wspomina Maja na swojej stronie internetowej www.majawloszczowska.pl

W 1997 roku rodzina Włoszczowskich wygrała Amatorskie Mistrzostwa Polski Family Cup, a 14-letnią Maję do swojego teamu zaprosił trener Śnieżki Karpacz Zdzisław Szmit. Dziewczyna wcale na trening ochoty nie miała, ale namówiły ją do tego mama Ewa i nauczycielka wuefu Beata Sałapa, ówczesna mistrzyni Polski w kolarstwie górskim. Dziś na swoją podopieczną patrzeć może z dumą, bo Włoszczowska jest mistrzynią Europy, wicemistrzynią świata i wicemistrzynią olimpijską z Pekinu.

Mama miała przeczucie

Mai srebrny medal w Chinach przepowiedziała mama. Na dzień przed startem napisała do córki, że ta będzie na co najmniej drugim miejscu. Sprawdziło się, odniosła największy sukces w karierze.

Przeczucie mamy sprawdziło się też w sierpniu 2009 roku. Niestety.
Przed mistrzostwami świata w australijskiej Canberze Ewa Włoszczowska pisała do córki, by ta na siebie uważała. Czuła, że Mai przydarzyć się może coś złego. No i się przydarzyło.
Podczas zjazdu na diabelnie trudnej trasie Włoszczowska zapomniała odblokować amortyzator. Później to zrobiła, ale jednocześnie źle najechała na największą skałę. Przednie koło wjechało w wyrobiony przez kolarzy dołek. Wyleciała przez kierownicę i twarzą uderzyła o skałę.

Pierwsza myśl po upadku: "Czy będę mogła wystartować w kolejnym wyścigu?".

Nie mogła. W ogóle to niewiele mogła, bo jej twarz zdawała się być całkowicie pogruchotana. - Kiedy odebrałem telefon z trasy, sparaliżowało mnie. Wsiedliśmy w auto z lekarzem kadry, w kompletnej ciszy pognaliśmy na górę. Zobaczyłem zalaną krwią twarz Majki i... tąpnęło mną, każdym by tąpnęło - opowiadał Andrzej Piątek, trener kadry kolarzy górskich.
W szpitalu, przed tomografią, Włoszczowska wzięła od swojego szkoleniowca telefon komórkowy. Nie mogąc jeszcze mówić, napisała na monitorze: "Trenerze, jak pojechali juniorzy?".

- Mówię jej: Majka, nie teraz. A ona: To niech trener zadzwoni do kogoś i zapyta - wspomina Piątek.

Dla australijskich lekarzy Włoszczowska była przypadkiem szczególnym. Jedna z pielęgniarek namówiła nawet Polkę, by ta dała sobie zrobić zdjęcie. Na pamiątkę. Fotografia, wraz z pozwoleniem na publikację, trafiła do "Gazety", ale była tak wstrząsająca, że redakcja nie zdecydowała się na jej publikację. Wywiadu Maja udzieliła nam, pisząc ręcznie na kartce papieru, bo mówić nie mogła.

Dla "Playboya" na razie nie

Dwa tygodnie później Włoszczowska zdecydowała się na rzecz niesłychaną - wystartowała w mistrzostwach Europy w maratonie rowerowym w Estonii. Zdobyła srebro.
- Medal zdobyłam tylko siłą psychiki - opowiada Maja. - Wszystko mnie jeszcze bolało. Imprezę znalazłam sama, pierwotnie nie mieliśmy jej w planach. Nie mogłam jednak patrzeć, jak wszyscy się ścigają, a ja siedzę w domu. Usiadłam do komputera i zaczęłam szukać. W grę nie wchodził start w Pucharze Świata, bo tam trasy są niebezpieczne i gdybym drugi raz upadła, to byłby naprawdę ogromny problem. W Estonii trasy były szerokie, a ryzyko upadku znacznie mniejsze. Te mistrzostwa były mi bardzo potrzebne, bo tylko szybko wsiadając na rower, mogłam się przełamać i zapomnieć o wypadku.

Teraz jedyne, co przypomina jej o niedawnym nieszczęściu, to lekko opuchnięta warga i większa niż wcześniej popularność. - Nigdy nie sądziłam, że z tego mojego nieszczęścia wyjść mogą jakieś dobre konsekwencje. Tymczasem okazało się, że zostałam niemal bohaterem narodowym. Otrzymałam od kibiców setki e-maili i SMS-ów ze wsparciem. Jestem im za to bardzo wdzięczna. A takiego zainteresowania mediów kolarstwem górskim nie widziałam chyba od igrzysk olimpijskich. Jestem ciekawa, czy podobnie dużo mówiłoby się o mnie, gdybym na MŚ zdobyła złoto.

Przyznaje jednocześnie, że najchętniej o wypadku przestałaby już mówić. - Nie śni mi się po nocach. Jest po prostu wydarzeniem z przeszłości. Szkoda, że zamiast niego nie możemy częściej rozmawiać o mistrzostwie Europy, które zdobyłam w tym samym roku. To jest prawdziwe osiągnięcie.

Oprócz upadku są i inne tematy, o których Włoszczowska opowiadać nie lubi. A one w pytaniach dziennikarzy pojawiają się najczęściej: czy rozbierze się dla "Playboya" i dlaczego wciąż nie ma chłopaka. Jedna z gazet zorganizowała nawet akcję poszukiwania partnera dla Mai. Na forach internetowych zaroiło się od oświadczyn. - Na te kwestie odpowiadałam już setki razy. Dla "Playboya" bym się nie rozebrała, bo ważna jest dla mnie moja reputacja. Może kiedyś moje poglądy w tej kwestii się zmienią, ale dziś nie widzę takiej możliwości. Chłopaka nie mam i tyle. Jak się znajdzie, to będzie - mówi Włoszczowska.

Na znalezienie sympatii zawodniczka przez ostatnie lata zbyt wiele czasu nie miała. Trenuje 250 dni w roku, na rowerze spędza około 280 godzin i przejeżdża około 11,5 tys. km. Teraz chwil dla siebie i tak ma więcej niż kiedyś, bo nie musi już godzić sportu z nauką. W 2008 roku została magistrem matematyki finansowej na Politechnice Wrocławskiej.

O popularność kolarstwa górskiego

- Sukcesy Adama Małysza sprawiły, że wszyscy zaczęli się interesować skokami, a wyniki Otylii Jędrzejczak przyciągnęły na baseny ludzi. Staram się, by moje dobre wyniki przełożyły się na wzrost popularności całej dyscypliny. Chciałabym, żeby na trasy wyjechało jak najwięcej ludzi lubiących spędzać czas na rowerze, a kibice tłumnie zaczęli przychodzić na wyścigi - mówi Włoszczowska.

Organizuje własny wyścig, który w przyszłości ma szansę zostać imprezą z cyklu Pucharu Świata. Już w zeszłym roku na zawody "Jelenia Góra Trophy - Maja Włoszczowska MTB race" przyjechały największe gwiazdy.
Pomaga zdolnym zawodnikom. To ona namówiła szefa CCC Dariusza Miłka, by zainwestował także w Aleksandrę Dawidowicz i Magdalenę Sadłecką. Dzięki temu w Polkowicach powstał profesjonalny kolarski team.

Dawidowicz została w tym roku mistrzynią świata do lat 23. Już zaczyna udanie startować w zawodach Pucharu Świata i przez wielu uznawana jest za talent jeszcze większy od Włoszczowskiej. - Nadal chcę wygrywać, ale cieszę się, że z roku na rok konkurencja jest coraz większa. Przez ostatnie lata mówiąc o naszej dyscyplinie, mówiło się prawie wyłącznie o mnie. To się zmienia. Ola Dawidowicz wygrała w tym roku wszystko, co było do wygrania w jej kategorii wiekowej, a do formy dochodzą także Ania Szafraniec i Magda Sadłecka. Dzięki wynikom nas wszystkich jesteśmy drugą reprezentacją świata - cieszy się Maja.

Ale to ona nadal jest kolarską gwiazdą numer jeden. Zajęła 10. miejsce w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" i TVP na najlepszego sportowca Polski 2009 roku. Wygrała także dwa plebiscyty na najlepszego sportowca Dolnego Śląska.

Doskonale rozumie, że dobrego wyniku nie wystarczy osiągnąć, ale trzeba go jeszcze wypromować. Jej działalność docenili także fachowcy, przyznając nagrodę w kategorii sportowy wizerunek na dniach marketingu sportowego.

- Akcje, w których biorę udział, nie są przypadkowe. Staram się, żeby były jak najbardziej związane z moim zawodem - mówi. Według badań firmy Pentagon Research jej wartość marketingowa wyceniana jest na 400 tys. zł. Więcej warci są tylko koszykarz Marcin Gortat i kierowca Formuły 1 Robert Kubica. Obaj za udział w reklamie mogą zażyczyć sobie odpowiednio: 800 tys. zł i 1 mln zł. Gortat i Kubica karierę robią za granicą. Maja ściga się też w Polsce i tu jest aktywna marketingowo. No, ale ma dodatkowy atut, jest bardzo ładna. - Uroda przy osiąganiu wyników w sporcie nie ma żadnego znaczenia - mówi i zaraz dodaje: - Co innego przy ich promocji, tu oczywiście pomaga. Dzisiaj jak się nie gra w piłkę nożną albo siatkówkę, to o zainteresowanie mediów bardzo trudno. Ja jednak przede wszystkim jestem jednak sportsmenką, a nie celebrytką. Muszę w stu procentach skupić się na treningu, bo formę szybko można stracić, a popularność jest tylko chwilowa.

Tylko jedno marzenie 2010

Maja chętnie angażuje się w społeczne przedsięwzięcia. W ten sposób pomaga innym i promuje swoją dyscyplinę sportową. Pod koniec 2008 roku została ambasadorem konkursu "Rowerem po zdrowe serce" w ramach kampanii społecznej POLKARD Media - Junior "Pamiętaj o sercu". Włoszczowska jest także zaangażowana w edukacyjną kampanię Ministerstwa Infrastruktury "Piłeś? Nie jedź! Włącz myślenie". W tym roku została jednym z ambasadorów Europejskich Letnich Igrzysk Olimpiad Specjalnych, które we wrześniu odbędą się w Warszawie. Do stolicy przyjedzie 1800 niepełnosprawnych intelektualnie sportowców z 58 krajów. To druga, po piłkarskim Euro 2012, tak duża impreza sportowa w Polsce.

W 2010 roku ma tylko jedno marzenie. Chce wreszcie zdobyć tęczową koszulkę mistrzyni świata.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław