Rowerem w miasta: Antyrowerowa demokratura pseudowiększości czyli Łukaszowi Warzesze do sztambucha

Czy dążenie do stopniowego wdrażania zrównoważonej strategii rozwoju systemów mobilności w naszych miastach można ideologizować? Można. Czy warto ustalać "mapę" poglądów albo też strukturę użytkowników (zwolenników?) różnych form poruszania się po mieście a więc zwolenników różnych kierunków rozbudowy infrastruktury ulicznej (drogowej) naszych miast? Warto, choć niekoniecznie tak, jak zrealizował to Łukasz Warzecha w Rzeczpospolitej z 5/6 grudnia br.

Przy podejmowaniu decyzji przez władze samorządowe warto takie mapy mentalne preferencji mieszkańców tworzyć, by unikać eskalacji realnie występujących konfliktów interesów. Strategia rozwoju miasta opracowywana i wdrażana jest bowiem w warunkach stale obecnych i stale odradzających się konfliktów przejawiających się na różnych płaszczyznach i w różnych wymiarach.

Jak zauważył Richard Gruenberger w „Historii społecznej Trzeciej Rzeszy” (dostępnej na naszym rynku już w latach 80-tych ubiegłego wieku) deklarowanym celem partii nazistowskiej w świetle jej dokumentów programowych oraz tekstów tworzonych przez sprzyjających jej publicystów było stworzenie bezkonfliktowego państwa (Konfliktlose Staat). Jakie działania były podejmowane przez tak określający swoje (pozornie szczytne) cele „obóz” polityczny wiemy z historii aż nadto dobrze. Jakie były tego skutki również.

Warto więc chyba podjąć wysiłek szukania sposobów na identyfikację osi sporu czy płaszczyzn konfliktów, ale również opracowywanie scenariuszy i zasad ich rozwiązywania. Stosując język kolokwialny: projektować sposoby budowania mostów porozumienia ponad pozornie niezgłębionymi przepaściami sporów występujących w przestrzeni publicznej i przestrzeni ulicznej.

Różny status stref uspokojonego ruchu: koncepcje regulacyjne.Źródło: prezentacja H. Bedoka pt. Cycling, the way to our future. Open your mind. Enjoy the ride ! przedstawiona na konferencji Velo-city 2 czerwca 2015 roku w Nantes.

Jest to wyzwanie oczywiście niełatwe, zwłaszcza gdy wiele autorytetów twierdzi, że wina za powstanie sporów leży symetrycznie po obu stronach, bez względu na ich zachowanie wtedy, gdy konflikt osiąga nową fazę i na forum publicznym pojawiają się nowi rywale, a narracja ważnych decydentów za słuszne uznaje wyłącznie wysiłki prowadzące do „ukarania” winnych za zaistnienie (lub nawet samo ujawnienie) sporu. Trudność pogłębia się gdy instytucjonalny arbiter, zajmujący wysokie stanowisko, tuż po jego objęciu deklaruje dostrzeganie różnic w sposobie postrzegania problemów i wykonuje koncyliacyjne gesty, a wzmocniony wygraną swojego „pluralistycznego” zaplecza społecznego wzmacnia przyczółek potencjalnego mostu tylko po jednej stronie przepaści i buduje wraz z nim raczej pomost w proponowaną przezeń (jakoby świetlaną, bezkonfliktową) przyszłość raczej niż most porozumienia z inaczej myślącymi.

Alternatywą koncepcji dążenia do tak pojmowanego porządku instytucjonalnego jest propozycja zawarta w dużo mniej znanym opracowaniu Piotra Topińskiego pt. „Szanse rozwoju wsi” (wydanego nakładem Żywieckiej Fundacji Rozwoju). Ważnym elementem tego tekstu jest definicja strategii. Podaję ją z pamięci: „Strategia jest to sztuka wykorzystywania lokalnych konfliktów do lokalnego rozwoju”.

Konflikt obecnie doświadczany w naszym kraju ma charakter ponad lokalny i ponad regionalny, dawno wykroczył poza ramy obszaru sporów prowadzonych przy świątecznych czy imieninowych stołach. Proponuję jednak uznać, że bez względu na rozstrzygnięcia podejmowane w tradycyjnie pojmowanej „Warszawie” („centrali”) wykorzystać tezę P. Topińskiego i zastanowić się nad scenariuszem działań, które przede wszystkim złagodzą ostrość konfliktów ogólnokrajowych, a ponadto przygotują zwolenników opcji stojących jakoby po dwóch stronach „społecznej przepaści” do życia w zgodzie co do pewnych zasad, które uda się uzgodnić po tym, jak opadnie pył bitewny tych kilku gniewnych tygodni czy miesięcy.

Teza, wielokrotnie pojawiająca się w moich poprzednich tekstach brzmi: najlepszą metaforą pozornie nieprzezwyciężalnego konfliktu jest przeciwieństwo ognia i wody. Tymczasem każda, nawet nie posiadająca jakiegokolwiek formalnego wykształcenia gospodyni domowa potrafi ten konflikt przezwyciężyć codziennie, bez większego namysłu, przy pomocy prostego dostępnego w każdym gospodarstwie domowym „sprzętu” jakim jest dno garnka. Jedyną rzeczą, o której musi pamiętać, to odróżnianie ognia i wody i niepodejmowanie prób umieszczać ognia nad wodą. Inaczej mówiąc, chodzi o takie ustawienie struktury układu zarządzania konfliktem, by przyniósł on odpowiednie owoce.

Jeśli się uzna, że to woda stanowi większość i powinna zdobyć bezwzględną i trwałą przewagę, to być może ugasimy ogień (warto pamiętać, że niekiedy wzniecają go zawodowi piromani), ale na dłuższą metę bez ognia (również jego iskierek, zwanych niekiedy kurwikami w oczach), życie w tych formach, jakie znamy, nie przetrwa. Jeśli zaś skupimy się wyłącznie na dążeniu do równowagi w kuchni dopuszczającej jedynie ciepłą wodę w kranie, to smaki potraw możliwych do przygotowania we wrzątku pozostaną nam zupełnie obce i nasze życie straci smak.

Co robić więc w sytuacji, gdy zasady ruchu na naszych ulicach okazują się nieadekwatne do naszych oczekiwań a tzw. „oni” („władza”) lub jej reprezentanci mają kłopoty z zauważeniem szans wynikających ze zmieniających się preferencji ludności, pojawienia się nowych nawyków i technologii, ale również z zauważeniem zagrożeń, wynikających ze zmiany struktury demograficznej ludności i struktury przestrzennej miast?

Przede wszystkim nie etykietować ani inaczej zachowujących się, ani inaczej myślących. Unikać ideologizacji sporów, nie uważać, że samo przybranie barw „słusznej” strony konfliktu zapobiegnie wystąpieniu konfliktów wewnątrz naszej, sympatycznej skądinąd grupy. Aby przeciwstawić się rozwojowi trudno odwracalnego procesu rozwoju „antyrowerowej i antypieszej demokratury pseudowiększości” w naszej przestrzeni miejskiej trzymajmy się zasad, w sytuacjach niejednoznacznych zachowujmy się przyzwoicie i nie podważajmy pochopnie sprawdzonych rozwiązań instytucjonalnych (zapisów prawa o ruchu drogowym).

Dbajmy o swoje prawa, próbujmy artykułować stanowiska adwersarzy nawet gdy ich liderzy zachowują się jak chimery: w każdej odsłonie konfliktu bardziej dbają o przedstawienie (zniekształconego) opisu naszego stanowiska - często sugerując występującą jakoby po naszej stronie nieskłonność do kompromisu - niż o krytyczny namysł nad własnym. Uważajmy na reprezentantów tezy, że większość ma rację.

Abraham Lincoln w sporze o budowę mostu, na której to inwestycji miało stracić pracę wielu pracowników lokalnych przystani promowych zastosował prosty chwyt retoryczny: dlaczego osoby chcące poruszać się wzdłuż rzeki mają mieć lepsze warunki niż osoby chcące poruszać się w jej poprzek? Przewoźnicy promowi, mimo, że płacili lokalne podatki, uznali, że nie muszą do osiągnięcia wieku emerytalnego zajmować obsługą „żeglugi poprzecznej” - nauka obsługi innych środków transportu przyszła im bez kłopotu i z pewnej perspektywy stwierdzili, że ich reprezentanci (pracodawcy i właściciele promów) blokujący ideę budowy mostu wykazywali się raczej krótkowzrocznością niż dbałością o właściwą alokację ograniczonych funduszy publicznych.

Gdyby w mieście za rozwiązania infrastrukturalne odpowiadaliby jedynie właściciele pojazdów, mający trudności z wyobraźnią i nie dający sobie wytłumaczyć, że warto dbać o komfort i bezpieczeństwo poruszania się pieszo i rowerem na małe i średnie odległości, nigdy nie dałoby się zbudować miasta przyjaznego dla ludzi. Stąd uważajmy na adwersarzy, którzy twierdzą, że chcemy miast bez samochodów. Naszym celem jest po prostu zmiana kierunku rozwoju miast: odejście od tworzenia infrastruktury mobilności w miastach z myślą głównie o ruchu i parkowaniu samochodów. Miasto zawsze było przestrzenią zawierania kompromisów.

Zdolności do rozsądnego kwestionowania dotychczasowych kompromisów życzę wszystkim uczestnikom debat o kształcie naszych miast w kolejnym, NOWYM ROKU 2016.

Przykładem możliwej do rozważenia struktury ważności różnych rodzajów transportu jest fragment strategii francuskiego miasta Nantes, które na pewno nie jest przykładem miejsca rozwoju jakiegokolwiek ekstremizmu. Warto się nad taką infografiką pochylić.

Więcej o:
Komentarze (19)
Rowerem w miasta: Antyrowerowa demokratura pseudowiększości czyli Łukaszowi Warzesze do sztambucha
Zaloguj się
  • apendula_niewdziosek

    Oceniono 1 raz 1

    "Naszym celem jest po prostu zmiana kierunku rozwoju miast: odejście od tworzenia infrastruktury mobilności w miastach z myślą głównie o ruchu i parkowaniu samochodów. Miasto zawsze było przestrzenią zawierania kompromisów."
    Nadmierne likwidowanie miejsc parkingowych i zwiększanie kosztów parkowania spowoduje po prostu ucieczkę mieszkańców na przedmieścia i częstsze używanie samochodu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX