Rach-ciach-ciach, czyli rozmowa z Krzysztofem Wyrzykowskim i Tomaszem Jarońskim nie tylko o ich książce

My komentujemy na luzie i jeżeli Krzysztof popełni jakąś gafę, to ja się od razu z tej gafy nabijam. Wtedy telewidzowie nie wiedzą, czy może Krzysztof powiedział to specjalnie, żeby dać asumpt do dalszej dyskusji, czy rzeczywiście się pomylił - za m.in. takie właśnie rzeczy miłośnicy kolarstwa kochają duet Wyrzykowski - Jaroński.

Michał Brzozowski: Może pierwsze pytanie łatwe, panowie skąd się znacie?

Krzysztof Wyrzykowski: Nasza znajomość wywodzi się jeszcze z czasów Przeglądu Sportowego z którym współpracowałem. Tomek zaczynał swoją karierę właśnie w Przeglądzie Sportowym pod skrzydłami redaktora Leszka Cergowskiego. Nasza znajomość zaczęła się od tego, że ja będąc we Francji, pisałem rubrykę dla Przeglądu - Widziane z Montmartre. Nigdy bym tego nie robił, gdyby Leszek nie dzwonił do mnie codziennie i nie przypominał mi o tym. Po śmierci Leszka, tym tematem zajął się Tomek - wydzwaniał do mnie, motywował mnie do pisania, m.in. odcinkowej historii Tour de France w pigułce. Wtedy nigdy się jeszcze nie widzieliśmy. Fizycznie pierwszy raz zobaczyliśmy się we Włoszech, na wyścigu Giro delle Regioni - to była wiosna końca lat '80.  Wtedy mogłem zobaczyć jak ten Jaroński wygląda: był szczupłym przystojnym młodzieńcem, bardzo dobrze wychowanym (co zawsze podkreśla moja małżonka). To był taki obraz Tomka, który niestety do dzisiejszego dnia bardzo się zmienił...

Michał Brzozowski: A jak ze sportem w Waszym prywatnym życiu?

Krzysztof: To może Tomek, bo on ma osiągnięcia sportowe...

Tomasz Jaroński: Siłą rzeczy, jak ktoś się interesował sportem, to musiał ten sport uprawiać. Ja uprawiałem wiele dyscyplin, ale zabrakło mi wytrwałości, żeby dojść do poziomu zawodniczego. Uprawiałem koszykówkę, byłem też bramkarzem, niezłe osiągnięcia mam też w pływaniu i generalnie potrafię grać we wszystkie gry zespołowe. Nawet pomimo wieku i tuszy jeszcze niedawno wystąpiłem na bramce w meczu: Przyjaciele Ossy (znany Hotel) z Teatrem Kwadrat.

Wygraliście?

Tomasz: Wygraliśmy.

Krzysztof: A puścił tylko jedną bramkę, choć jego zespół stracił ich sześć.

Tomasz: Tak, to jest tajemnica mundialu... Miałem zmiennika, który z kolei miał niefart, bardziej puszczał niż ja.

Krzysztof: Mi również brakowało wytrwałości. Ja uprawiałem także różne sporty. Piłka nożna w Legii, koszykówka - grałem w drugiej drużynie Legii. Grałem tam z zawodnikami, którzy byli w reprezentacji Polski czy Europy - np. Włodek Trams. Ja ze względu na wzrost nie miałem większych szans. Natomiast w Polonii Warszawa grałem w tenisa stołowego, i tam właśnie osiągnąłem swoje największe sukcesy grając także w drugiej drużynie. Polonia była wtedy Mistrzem Polski.

A co z kolarstwem?

Tomasz: Kolarstwo zawsze popieraliśmy i będziemy popierać, ze względu na wartości, nie tylko sportowe, ale także poznawcze. Mnie rywalizacja na rowerze, ściganie się, nigdy jakoś nie pociągało. Nigdy też nie brałem udziału w wyścigach. Natomiast w jeżdżeniu na rowerze podoba mi się to, że mogę pojechać nim po coś. Parę kilometrów przejechać po gazetę, po bułki, pojechać kilkanaście kilometrów rekreacyjnie. Ale zachowanie kierowców na drogach jest tragiczne i przyznam, że ja się po prostu boję jeździć. Kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy na odcinku między Mszczonowem a Rawą Mazowiecką muszą pędzić 100 km/h - gdzie jak sobie to rozłożą na czynniki pierwsze, to okaże się że "zarobili" 3,5 minuty. A wszystko to siejąc postrach wśród kur, zwierząt, dzieci oraz... rowerzystów.

Krzysztof: Moje natomiast doświadczenia z rowerem są dwa. Jedno to jest takie, że moja mama w 1957 roku kupiła mi francuski rower marki Montfort, a drugie wzięcie udziału w teleturnieju o Wyścigu Pokoju w 1958 roku - doszedłem w nim do półfinału, co uważałem za duże osiągnięcie.

Przejdźmy może teraz do tytułu Waszej książki. Jak powstał? Jak powstają Wasze słynne powiedzenia?

Tomasz: Generalnie bierzemy to z głowy, czyli z niczego...

Krzysztof: My ze sobą spędzamy dużo czasu i nie mówię o pracy, bo poza nią też się dużo widujemy, wtedy dużo gadamy, pleciemy. W czasie tych rozmów jest dużo prawdy o życiu, o polityce itd. Ale te dwa zwroty tytułowe to absolutny przypadek. Wpadło to pod wpływem emocjonujących wydarzeń. Sikora (biathlonista) walczył o medal - i co powiedzieć żeby on strzelił celnie? Tomek na Bjorndalena krzyczał: "skuś baba na dziada"! Mi się wyrwało jakoś rach-ciach-ciach. Tomek też to podchwycił i od razu wiedzieliśmy, że to było to, co powinno być powiedziane. A pchamy, pchamy? Majka słabnie, Nibali go goni. Liczymy sekundy - 20, 30. Majka rozpina koszulkę, widać że już za przeproszeniem zdycha, no i co zrobić? Jak mu pomóc? No to go pchamy!

Tomasz: Generalnie bierze się to stąd, że staramy się komentować spontanicznie i w sposób naturalny. Ja to sobie z kolei wyobrażam tak, że gdyby człowiek siedział w domu w większym towarzystwie, to takimi sformułowaniami mógłby pobudzić wszystkich do oglądania, do emocji, do większego przeżywania tego wydarzenia. My, zaś siedząc w studiu tylko we dwóch, mamy przecież towarzystwo kilkudziesięciu, czy nawet kilkuset tysięcy telewidzów... Nas ta świadomość w pewien sposób porywa, stąd wychodzą takie właśnie historie.

Jak przygotowujecie się do komentowania kolarstwa?

Tomasz: Mamy zawsze jakiś background.

Krzysztof: Ale żadnego scenariusza nie mamy.

Tomasz: Musimy mieć opanowaną listę startową, wiedzieć jacy zawodnicy w wyścigu startują. Te kilka gwiazd wszyscy znają, ale musimy mieć pojęcie o kilkunastu zawodnikach, którzy w danym wyścigu mogą, ale nie muszą zaistnieć. Kolejna sprawa to trasa. Sprawdzamy dokąd zawodnicy jadą, co może być tam ciekawego. Nawet jak organizatorzy coś przygotują, co jest niedokładne i po łebkach, to i tak musimy to sprawdzić pod względem poloników. Czyli trzeba wiedzieć, że w pałacu w Luneville zmarł król Stanisław Leszczyński, bo spalił się od kominka.

Krzysztof: A w niedalekiej miejscowości Nancy jest najpiękniejszy plac we Francji - jego imienia - Plac Stanisława.

Tomasz: Obaj jesteśmy ludźmi, którzy lubią geografię i historię. Zawsze staramy się wydobyć jakieś ciekawostki z tych dziedzin z miejsc w których się znajdujemy i to potem się przydaje. Ja w ogóle jestem absolwentem turystyki i rekreacji, a więc mam przygotowanie magisterskie w tym temacie.

Krzysztof: Tomek dobrze to podsumował. Choć czasem jest jeszcze tak, że zadaje mi podchwytliwe pytanie i bardzo się cieszy, gdy ja  nie mogę znaleźć na nie odpowiedzi w ciągu trzech sekund.

Tomasz: Żeby też samemu się nie chwalić to powiem, że niedawno ukazała się praca doktorska na UJ, także w formie książki, o kulturowych wartościach Tour de France - autorstwa Jakuba Papuczysa. Oprócz głównego tematu czyli TdF, młody Pan doktor idealnie trafił rozpoznając niejako nasz sposób komentowania i porównał nas z angielskimi komentatorami, którzy zarzucają telewidza liczbami, statystykami. Te nietrudno przygotować w dobie internetu, ale percepcja telewidza jest mocno przecież ograniczona. My też mamy to przygotowane, mówimy oczywiście który raz dany kolarz wygrywa, ale staramy się dać telewidzowi coś więcej, niż to co sam może łatwo znaleźć. Dlatego też nie omawiamy sprzętu, bo amatorzy kolarstwa wiedzą więcej na ten temat od nas, a cała rzesza osób ogląda nasze relacje dla widoków i dla nawiązującego do tych widoków komentarza. Pan Jakub w swojej pracy ten właśnie fakt podkreśla.

Krzysztof: Nie prowadził nikt takich statystyk, ale, jeżeli położylibyśmy na szalę z jednej strony tylko kibiców kolarstwa, z drugiej zaś wszystkich tych, którzy oglądają TdF dla widoczków, dla zameczków, dla wina, dla serów, czyli dla wszystkiego tego o czym my mówimy, to jesteśmy przekonani, że tych drugich jest więcej. Na pewno więcej widzów zasiada w lipcu przed telewizorami nie dlatego, żeby zobaczyć czy Contador wlał Froomowi minutę i piętnaście sekund czy minutę i siedemnaście sekund, bo ich to kompletnie nie interesuje, ale chcą zobaczyć w której wieżyczce zamknę Tomka i już go stamtąd nie wypuszczę, albo gdzie robione są sery, wina, chcą usłyszeć o ciekawych historiach. Druga sprawa jest taka, że Francuzi realizują obraz rewelacyjnie, czego nie potrafią ani Hiszpanie, ani Włosi.

Tomasz: To wynika też z nakładów finansowych, gdzie TdF jest olbrzymim przedsięwzięciem, którego zadaniem jest pokazanie i zareklamowanie kraju. Ale jest taki o wiele wiele mniejszy wyścig - Dookoła Turcji. Jest to wyścig rządowy, prezydencki, który ma za zadanie pokazanie Turcji. Aspekt turystyczny jest tam potężnie wykorzystywany, czyli promocja pięknych plaż, hoteli, wybrzeża, zabytków.

Jakaś przygoda związana z komentowaniem, utknęliście kiedyś może w wozie transmisyjnym na środku pola?

Tomasz: Generalnie relacje robimy ze studia na warszawskim Służewcu, więc jedyne co może się zdarzyć, to spóźnienie spowodowane korkami.

Krzysztof: Ostatnią relację robiliśmy z trasy jakieś sześć lat temu - to była transmisja Tour de Pologne.

Tomasz: Owszem, zdarzają się jakieś wpadki podczas relacji. Najkrótsza relacja wyścigu trwa 1,5 godziny, najdłuższa to chyba 8 godzin i czasem nie da się uniknąć drobnych wpadek. My jednak komentujemy na luzie i jeżeli Krzysztof popełni jakąś gafę, to ja się od razu z tej gafy nabijam. Wtedy telewidzowie nie wiedzą, czy może Krzysztof powiedział to specjalnie, żeby dać asumpt do dalszej dyskusji, czy rzeczywiście się pomylił. Nie przypominam sobie jakiejś wpadki w stylu Stefana Rzeszota, który pomylił piłkarzy Bayernu i Dynama. Kolarstwo jest takim sportem, że nie da się często przewidzieć kto będzie finiszował w danej ekipie. Czasem wydaje nam się, że będzie to X, a okazuje się Y, który wygrywa cały etap. Wtedy od razu się poprawiamy. Kolarstwo jest sportem, w którym bardzo mało rzeczy jest podane na talerzu. Nikt kto uczestniczy, czy jest wokół wyścigu, a więc: widz przed telewizorem, komentator, sędzia, zawodnik, dyrektor sportowy, kibic na trasie - nie jest w stanie objąć całości tego wydarzenia. W czasie meczu piłkarskiego wszyscy widzą to samo, choć z różnych ujęć, natomiast w kolarstwie, jeżeli kamera pokazuje tylko czołówkę, to my nic innego nie widzimy co się dzieje z tyłu.

Często macie o to pretensje do realizatorów...

Tomasz: Tak, obniżył się ewidentnie poziom realizacji wyścigów kolarskich. Jedynie nie widać tego w TdF, więc wydaje mi się, że chodzi tutaj po prostu o oszczędności. W niektórych wyścigach ograniczona jest liczba kamerzystów na motocyklach - do dwóch. Są próby zwiększenia liczby kamer przez instalowanie niewielkich urządzeń tego typu bezpośrednio na rowerach zawodników, tylko że to jest fajny obrazek, ale na 5 minut. Nie da się takiej realizacji ciągnąć przez pół godziny.

Krzysztof: Ja nie rozumiem na przykład tego, że sprint nie jest pokazywany jednocześnie z dwóch kamer na podzielonym ekranie. Jedna pokazująca finisz z góry, a druga tradycyjnie - z boku. Po zakończeniu etapu często realizator pokazuje obraz z góry właśnie, który daje dużo lepszy pogląd na to co się dzieje. Nie rozumiem jednak, dlaczego nie można robić tego na żywo...

Tomasz: Tutaj musimy miłym czytelnikom serwisu polskanarowery.pl wyjaśnić, że my nie mamy żadnych ułatwień w stosunku do telewidza. Widzimy dokładnie to samo co widzowie przed telewizorami.

Krzysztof: Nie do końca, bo my mamy obraz techniczny, który jest gorszy od tego na telewizorach. My nie mamy jakości HD. Telewidzowie widzą np. numery, których my nie widzimy...

Tomasz: Gdyby ktoś realizujący obraz pomyślał, że komentator ma wnieść coś więcej do relacji i ułatwił nam to przez umieszczenie chociażby dla nas dodatkowych dwóch, trzech obrazów - to na pewno by nam pomogło. Chociażby wydarzenia mające miejsce w peletonie, a dotyczące polskich zawodników. Kolejna rzecz, która ułatwiłaby nam pracę to monitorowanie zawodników, tak jak to jest na maratonach. Każdy zawodnik ma chip i wiadomo gdzie jest, w jakiej strefie. W kolarstwie tego nie ma...

Krzysztof: W niektórych wyścigach wyniki są od razu. W innych zaś trzeba czekać - 10 minut. Relacja się już skończy, a my nie możemy podać oficjalnych wyników... Tak właśnie było na Giro.

A jeśli chodzi o Waszą książkę, dlaczego warto po nią sięgnąć?

Tomasz: Jeżeli ktoś lubi nasz sposób relacji oraz kolarstwo, to w książce znajdzie mniej więcej to samo, co może usłyszeć w telewizji. Stwierdziliśmy, że nie będziemy pisać naszych biografii, bo to byłoby po prostu nudne, nie chcieliśmy też pisać encyklopedycznej historii kolarstwa. Uznaliśmy, że najlepszym pomysłem na tę książkę będzie napisanie jej w formie dialogu, mniej więcej takiego, jaki prowadzimy ze sobą w trakcie relacji telewizyjnych. Jeżeli więc ktoś lubi nasze relacje i chce mieć je w innej formie niż ta ulotna - dźwiękowa - to ta książka jest dla niego. Nasz plan na napisanie tej książki zmieścił się na kilku karteczkach, których zdjęcie w niej zawarliśmy. Każdy z nas miał dwie karteczki i to było jedyne przygotowane zaplecze do tej książki. Nasze luźne i czasem chaotyczne rozmowy były nagrywane, a potem przepisywane, ale nie przez nas, żebyśmy nie mieli możliwości niczego poprawiać. Chcieliśmy zachować nasz mówiony styl.

Krzysztof: Przypuszczam, że jeżeli teraz byśmy się jeszcze raz wzięli za to przedsięwzięcie, to książka ta wyszłaby zupełnie inna, poruszane tematy by też się zmieniły. Mamy w zanadrzu jeszcze parę innych projektów edytorskich, które może wyjdą na światło dzienne.

To jakie tematy poruszacie w swojej książce?

Tomasz: Rozmawiamy o kolarstwie, o sobie, trochę jest żartów, jest wątek biathlonowy, piłkarski...

Krzysztof:  Krytykujemy też troszkę kolegów po fachu i to się im na ogół nie podoba, ale co zrobić... Odnosimy się do dziennikarstwa jako zawodu.

Tomasz: Jeżeli ktoś chce poznać nasze poglądy na wiele spraw, nawet nasze sympatie polityczne - ten temat również się przewija - to zachęcamy. Podobno czyta się to dobrze i szybko, takie mamy informacje zwrotne.

Krzysztof: Mnie na początku się to nie podobało. Mówiłem to Tomkowi. A teraz mi się bardzo podoba i parę razy już tę książkę przeczytałem (śmiech)

Panowie, dziękuję bardzo za rozmowę.