Każdy ma swojego Guinnessa - wywiad z Walerianem Romanowskim

Podczas zawodów Mazovia 24h Marathon Walerian Romanowski podjął morderczą próbę bicia rekordu Guinnessa. W ciągu 48h przejechał 758 km na rowerze! Wyzwanie było wielkie, tak jak ambicje Waleriana Romanowskiego. Udało się wykonać plan w 100 proc. Teraz pozostaje tylko weryfikacja dokumentacji i oficjalne potwierdzenie tego niecodziennego wyczynu.

Mazovia  24h

Cieszymy się, że mogliśmy brać w tym udział. Z przyjemnością pomogliśmy Waleremu spełnić jego marzenia - mówi Cezary Zamana, organizator Merida Mazovia MTB Marathon.

1. Jak fizycznie zniosłeś trud 48h jazdy?! Jaką przyjąłeś strategię, ile czasu poświęciłeś na odpoczynek?

Jestem lekko zdziwiony reakcją swojego organizmu. Częściowo mnie zaskoczył. Sądziłem, że po wysiłku 48 godzinnym padnę bez przytomności i kilka dni spędzę w szpitalu na obserwacji. Po 48 godzinnej jeździe czułem się bardzo dobrze, lekko zbolały, ale zmęczenie było do zniesienia.

relaks

Strategia była prosta - pokonać rekord w ciągu 48 godzin. Zaplanowałem spokojną jazdę przez 48 godzin i ciągle obserwowałem jak mój organizm reaguje na przejechany dystans. Pierwsza runda była zapoznawcza więc jechałem za quadem. Nie był to dobry pomysł, ponieważ podświadomie potraktowałem go jak przeciwnika i pojechałem za mocno, ze średnim tętnem około 123.  Po kilku godzinach wyciszyłem tętno do 100-115 i mogłem kontynuować jazdę.

Jestem dobrze wytrenowany, wytrenowany do jazdy na niskim tętnie, więc w czasie jazdy zbytnio się nie męczę. Tzw. zmęczenie wynika z wielu godzin spędzonych w jednej pozycji na rowerze oraz z nieprzespanych nocy. Robiłem kilkominutowe przerwy na wyprostowanie pleców, rozciągnięcie się, uzupełnienie suplementów oraz na posiłki.

2. Jak wyglądał twój zespół, ile liczył osób i jakie miał zadania?

Mój zespół składał się z dziesięciu osób. Nad suplementacją i właściwym żywieniem czuwał dietetyk Paweł Grochowalski,  który rozpisał mi posiłki co trzy godziny oraz suplementację na 48 godzin. Przed zawodami na treningach przetestowaliśmy na moim organizmie całe menu i tolerancję odżywek. Jedzenie było tak zaplanowane, żeby w ciągu 48 godzin nie korzystać z ubikacji (szkoda czasu). Pod kierownictwem dietetyka były cztery osoby, które na zmianę szykowały żywność. Miałem ciągły kontakt z trenerem Arkiem Kogutem, który na bieżąco analizował moje dane przegrywane co rundę z pulsometru. Trener miał dwóch pomocników do przegrywania i analizy danych. Miałem również serwisanta roweru z firmy Veloart, który co rundę zajmował się rowerem. Jeszcze jedna osoba, Stanisław Walasek, czuwała nad całością i koordynowała pracę zespołu. Był on także odpowiedzialny za kontakt z mediami oraz wizerunek zespołu.

Zespół

3. Czy zdarzyły się nieprzewidziane zdarzenia, z którymi musiałeś się zmierzyć? Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas jazdy?

Najtrudniejsze było zaplanowanie sobie w głowie wysiłku na 48 godzin, gdyż nigdy dotąd nie jechałem tak długo. W pierwszej dobie, gdy ruch na trasie był wyraźnie mniejszy, spotykałem dużo przeróżnej dzikiej zwierzyny: bobry  buszowały w zarośniętym stawie, co chwila jeże przebiegały przez trasę, musiałem uważać aby na nie nie najechać i nie złapać kapcia, węże się grzały na słońcu i niechętnie uciekały, zające ścigały się w promieniach latarki, co chwila nad głową przylatywał jakiś większy ptak i na pewno to nie była wrona. Tak sobie jechałem i zastanawiałem się, co jeszcze mnie zaskoczy na tej trasie? (śmiech)

4. Jak się czułeś w drugiej dobie po starcie? Kiedy organizm zaczyna odmawiać posłuszeństwa i jakie są tego objawy?

Druga doba wcale nie była trudniejsza od pierwszej, wręcz przeciwnie. Po pierwszej dobie miałem blisko 500 km za sobą i było już z górki. W drugiej dobie na trasie pojawili się zawodnicy, więc miałem duchowe wsparcie. Co chwila ktoś przejeżdżał i pokazywał, że jest razem ze mną i mnie wspiera, to pozwalało mi jechać pomimo już przejechanych setek kilometrów. Później spotkałem chłopaka bez ręki i widziałem jak sobie świetnie radzi i niezręcznie byłoby mi poddać się bez walki.

48h

Z drugiej strony wiedziałem od początku, że pobiję rekord Guinnessa, bo nie mam innego wyjścia. Bardzo dużo czasu poświęciłem na przygotowania, zbyt wiele dziedzin w swoim życiu zaniedbałem z powodu sportu. Nie mogłem zawieść zespołu, który pracował w pocie czoła na wynik, zawodników Mazovii, którzy poprzez wsparcie dokładali mi przebyte kilometry. Uważam, że na Mazovii reprezentujemy wysoki poziom i rekord nam się należy. Chciałem także, aby ten rekord należał do Polaka.

5. Czy trasa była dobrze przygotowana? Jak ją oceniasz?

Dla mnie im trudniejsza trasa, tym lepsza (śmiech). Trochę tęsknię za trasą z 2013 roku. Była wyjątkowa, oddzielała plewy od ziarna. Często ktoś pisze na forach, że trasa za trudna, marudzi i płacze. Zapraszam takie osoby do siebie na trening charakteru, zrobię z nich mężczyzn i w końcu przestaną się mazać (śmiech). Jestem wdzięczny Cezaremu Zamanie za przygotowanie i zabezpieczenie trasy przez 48h i mam nadzieję, że jak kiedyś jeszcze wystartuję na Mazovii, to będzie jeszcze trudniejsza technicznie

Trasa

6. Czy weźmiesz udział w przyszłorocznych zawodach?

Trudno mi powiedzieć co będzie za rok, w moim życiu ciągle coś się zmienia. Na co dzień mam dużo obowiązków i ciągle ich przybywa. Moja chora ambicja nie pozwoli, aby startując w Mazovii 24h być drugim, więc muszę być dobrze przygotowany, a na to potrzeba dużo czasu.

7. Jakie plany po osiągnięciu celu jakim było zmierzenie się z rekordem Guinnessa?

Przed biciem rekordu Guinnessa sądziłem, że pierwsze co zrobię, to odpocznę, ale teraz widzę, że za bardzo się nie zmęczyłem (śmiech). A tak na poważnie, dostrzegam, że poprzez ciężką pracę w wielu dziedzinach można osiągnąć zamierzony cel. Organizm ludzki ma nieograniczone możliwości, które są uśpione i nie wykorzystywane na co dzień. Sprawia mi przyjemność poznawanie swojego potencjału, współpraca ze swoim organizmem i nasłuchiwanie, co chce mi powiedzieć.

Mam wiele planów, niektóre są naprawdę trudne do wykonania, ale do wykonania.
Aby przygotować nowy projekt potrzeba dużo czasu, oraz środków finansowych. Jeżeli uda mi się spełnić te dwa warunki, to na pewno powstanie nowy projekt.

Na zakończenie chciałbym przypomnieć jaki był cel bicia rekordu Guinnessa. Dziś jesteśmy zdrowi,  możemy rywalizować między sobą na trasach Mazovii, każdy z nas ma swego Guinnessa do pokonania i to nie jest tak, że mój "Guinness" jest najtrudniejszy. Dla wielu jechanie przez 24 godziny non stop jest sukcesem, pomimo ostatniego miejsca na liście.
Nie zrobiłem nic nadzwyczajnego, walczyłem ze swoim "Guinnessem" tylko przez 48 godzin. Po wyścigu wyspałem się, odpocząłem i dalej cieszę się życiem. Osoby chore na białaczkę walczą o wiele dłużej, nieraz nawet kilka lat. Gdyby mi się nie udało pobić rekordu Guinnessa, no cóż, byłaby urażona moja ambicja i niezręcznie by mi było przed kolegami. Osoby chore gdy przegrywają, tracą wszystko, swoje życie.

My zdrowi możemy im pomóc, tak jak Wy pomagaliście mi na trasie Mazovii 24h pokonać mój rekord Guinnessa. Oni potrzebują naszej pomocy w pokonaniu choroby. Dlatego miejcie na uwadze Fundację DKMS i zarejestrujcie się jako dawcy szpiku.

fot. Marcin Dławichowski