Rower kontra apartheid

Z Andrzejem Rehorowskim, prezesem Fundacji Rower w Mieście i pomysłodawcą warszawskiego ?Bicykletonu?(*), rozmawiamy o idei i historii miejskiego maratonu rowerowego.

- Pierwsze miejskie maratony rowerowe odbyły się w Nowym Jorku i w Kapsztadzie już w latach 70. XX wieku. Dlaczego nie dotarły wówczas do Polski? Przecież maraton biegowy w Dębnie mieliśmy już wtedy od kilku lat...

- Z kilku powodów. Po pierwsze bieganie nie wymaga sprzętu, biegać można przecież nawet w prostym obuwiu. Poza tym po II wojnie światowej miasta europejskie zamknęły się na rowerzystów. Dopiero w latach 60. w Holandii i Danii zorientowano się, że ulice zostały zakorkowane przez auta i rozpoczęto ciężką pracę nad przywróceniem tamtejszych miast ludziom. U nas z kolei po upadku PRL-u miał miejsce proces odwrotny - zachłysnęliśmy się samochodami. W dużych aglomeracjach rower traktowano jako środek rekreacji. Służył raczej do wyjazdu za miasto, do lasu, niż do jazdy po miejskich ulicach.

- Teraz to się zmienia.

- Owszem, w dużej mierze dzięki wysiłkowi organizacji społecznych, takich jak nasza. Nie bez powodu powiedziałem wcześniej o przywróceniu miasta ludziom, a nie rowerzystom. Nieważne bowiem, czy jeździmy na rowerze, na rolkach czy chodzimy. Ważne, że poruszamy się siłą własnych mięśni. Dzięki temu nie tylko dbamy o swoje zdrowie, ale w każdej chwili możemy się zatrzymać, żeby na przykład porozmawiać ze spotkanym znajomym. Samochody z kolei izolują nas, zabierają nam przestrzeń, niszczą nasze środowisko i nasze zdrowie.

- Pan nigdy nie porusza się po mieście samochodem?

- Czasem się poruszam. Do komunikacji w mieście używam auta, motocykla, roweru, własnych nóg i środków transportu publicznego. Samochód służbowy dostałem w momencie, kiedy przeprowadziłem się do Warszawy, więc w pewnym sensie byłem nań skazany. Czasem zresztą użycie auta jest racjonalne, na przykład wtedy, kiedy muszę zawieźć dzieci na zajęcia na drugi koniec miasta. Jednak już kilka lat temu zorientowałem się, że jazda samochodem po mieście nie jest dla mnie przyjemnością, lecz przymusem, źródłem stresu. Kiedy stoję w korkach, denerwuję się. Kiedy z kolei wsiądę na rower, często szybciej docieram do celu, a dodatkowym bonusem jest dobre samopoczucie.

- Rowerem szybciej niż samochodem?

- Tak, udowodniono, że na dystansie 4-6 km rower jest w mieście najszybszy. W sezonie najczęściej w celach komunikacyjnych używam roweru, własnych nóg i środków komunikacji publicznej.

- Na początku czerwca tego roku Fundacja Rower w Mieście” planuje zorganizować w Warszawie miejski maraton rowerowy „Bicykleton”, który ma promować miasto bardziej przyjazne jednośladom. Nie lepiej domagać się od władz municypalnych budowy kolejnych dróg rowerowych?

- Jedno nie wyklucza drugiego. Organizacje pozarządowe często lubią się czegoś od władz domagać, a przecież można z tymi władzami rozmawiać i z nimi współpracować. Infrastruktura jest oczywiście ważna, jednak kwestie wizerunkowe, jak wskazują doświadczenia zachodnie, są równie ważne. Pamiętam swoją wizytę w Trójmieście, gdzie widziałem świetne drogi rowerowe. Tylko rowerzystów nie było na nich zbyt dużo. Tymczasem taka impreza jak „Bicykleton” powoduje, że nasze aglomeracje stają się miastami ludzi, a nie samochodów. Maraton przyciągnie dziesiątki tysięcy kibiców, którzy zobaczą, że jazda jednośladem jest fajna. Dzięki temu duża część z nich też wsiądzie na rower. A jak już ktoś zacznie poruszać się dwoma kółkami po asfaltowej drodze, to nie będzie chciał jeździć chodnikiem. Tym bardziej, że im więcej kierowców przysiądzie się na rowery, tym mniej aut będzie na jezdniach. Miasta staną się przyjaźniejsze nie tylko dla cyklistów, ale dla wszystkich.

 

Maraton rowerowy w Berliniefot.Andrzej Rehorowski

- Takimi miastami przyjaznymi dla niezmotoryzowanych są Amsterdam, Kopenhaga czy Berlin, powoli zmienia się w tym kierunku Nowy Jork, ale już Londyn trudno nazwać miejscem bezpiecznym dla cyklistów. Miejskich maratonów rowerowych nie ma ani w Amsterdamie, ani w Kopenhadze, a są w Londynie i w Kapsztadzie. Dlaczego?

- To jest rzeczywiście interesujące zagadnienie. Dodam, że także Berlin należy do miast raczej samochodowych, choć rzeczywiście nie jest wrogi rowerzystom. Z kolei zawody w Londynie nie są typowym miejskim maratonem rowerowym; odbywają się na zasadzie sztafety, a ich uczestnicy wyjeżdżają poza miasto. Ciekawym przypadkiem jest natomiast Kapsztad. W czasach apartheidu w Republice Południowej Afryki rower należał do pojazdów używanych przez czarnych i kolorowych; biali mieszkańcy RPA poruszali się samochodami. Pomimo tego maratony rowerowe od początku cieszyły się popularnością, a w pierwszych edycjach brali udział wyłącznie biali; cykliści o innym kolorze skóry dołączyli dopiero po upadku reżimu. Być może impreza w naturalny sposób przyciągała przeciwników systemu. Wprawdzie maratony rowerowe nigdy nie miały charakteru politycznego, ale niewątpliwie miały i mają pewne przesłanie społeczne; promują przecież równość.

- Brał Pan udział w różnych imprezach rowerowych na całym świecie. Co jest w nich takiego magnetycznego, że decydował się Pan na pokonywanie w tym celu setek, a nawet tysięcy kilometrów?

- W Berlinie na przykład trasa przechodzi przez dawne lotnisko Tempelhof. To niesamowite uczucie, kiedy nagle wjeżdża się z ulicy na pas startowy.

- Doskonale to rozumiem. Kiedy biegłem maraton w Berlinie i już pod koniec trasy skręciłem na słynny Ku'damm, miałem łzy w oczach.

- Im więcej takich porównań z maratonami biegowymi, tym lepiej. Bo tak naprawdę to podobnego rodzaju imprezy. Sam biegam, więc wiem, że istnieje coś takiego, jak turystyka biegowa. Także i maratony rowerowe przyciągają ruch turystyczny do miast, które je organizują. Uczestnicy zawodów z reguły zatrzymują się w danej miejscowości na kilka dni, a przez ten czas wydają tam oczywiście swoje pieniądze. Obroty Kapsztadu związane z maratonem rowerowym szacuje się na 10 milionów dolarów. Jestem przekonany, że w czerwcowym „Bicykletonie” wezmą udział nie tylko mieszkańcy Warszawy i najbliższych okolic, ale rowerzyści z całej Polski. Myślę, że niektórzy z nich też będą mieli łzy w oczach, kiedy pojadą Krakowskim Przedmieściem, a potem wjadą na metę ulokowaną na błoniach Stadionu Narodowego. A w przyszłości impreza powinna przyciągać sympatyków dwóch kółek z całej Europy.

- „Bicykleton” to pierwszy miejski maraton rowerowy w Polsce?

- Jest jeszcze Tour de Pologne Amatorów, ale to typowe zawody szosowe. No i Święto Roweru w Lubartowie, ale tam większa część trasy biegnie poza miastem. Natomiast start i meta „Bicykletonu” znajdować się będą w samym centrum Warszawy. Wprawdzie dłuższa z dwóch tras, 60-kilometrowa, przebiegać będzie przez miejscowości Konstancin-Jeziorna i Piaseczno, no ale to przecież też są miasta. Obie trasy biec będą po głównych asfaltowych ulicach. Kto będzie chciał, będzie mógł zatrzymać się w punktach przystankowych, żeby odpocząć, zaspokoić pragnienie czy naprawić swój pojazd. Najważniejsze jest nie pierwszeństwo w organizacji maratonu, ale to, że będzie to impreza dla każdego - zarówno dla amatorów szybkiej jazdy na rowerze po szosie, w tym młodych ludzi po szesnastym roku życia, jak i emerytów czy całych rodzin. Impreza integrująca ludzi, bo przecież wielu rowerzystów, którzy poznają się podczas zawodów, będzie się potem umawiać na wspólne treningi czy po prostu przejażdżki. No i proszę, znów widzimy pewne podobieństwo do zawodów biegowych.

Rozmawiał Krzysztof Ulanowski

* - Organizatorzy „Bicykletonu” są na etapie rozmów ze sponsorami.