"My, rowerzyści z Warszawy" mamy swoją monografię

Warszawa nie jest najbardziej prorowerowym miastem, ale z pewnością jest miejscem, w którym od kilku lat kwitnie kultura rowerowa. O tym, jakie są tego przejawy oraz źródła dowiedzieć możemy się z książki Magdaleny Stopy ze zdjęciami Federico Caponiego "My rowerzyści z Warszawy", która jest bodaj pierwszą tak kompleksową monografią warszawskich rowerzystek i rowerzystów zarówno dziś jak i ponad 100 lat temu.

Książkę, której premiera będzie miała miejsce w najbliższy piątek, Stopa zaczyna od siebie. Pisze, jak zaczynała jeździć na zielonej Ukrainie po warszawskim Żoliborzu w latach 80. XX wieku. "Nie budziło to entuzjazmu otoczenia, raczej dystans podszyty lekką dezaprobatą" - wspomina autorka. Trzydzieści kilka lat wcześniej sytuacja się zmienia. Wzdłuż Al. Ujazdowskich jedzie piękną asfaltową drogą dla rowerów, mija po drodze stacje roweru miejskiego i tłumy rowerzystów. Tylko przejazd przez most Poniatowskiego jest wciąż niebezpieczny.

Konstrukcja książki kojarzy mi się z niespieszną rowerową przejażdżką z miejsca na miejsce. Tak jak podczas takiej przejażdżki, nie da się nie spotkać kogoś znajomego, mijamy kolejne inicjatywy rowerowe, od nieformalnych grup przez fundacje po sklepy rowerowe i firmy szyjące dodatki dla rowerzystów. Wszystko w niewymuszony sposób potwierdza tezę autorki (oraz jej rozmówczyń i rozmówców), że "rower to wyjątkowy wynalazek, który zmienia człowieka, aktywizuje go życiowo, jest narzędziem przemian społecznych. W dziewiętnastym wieku przyczynił się do emancypacji kobiet, dziś wpływa na poprawę życia w wielkich miastach".

Żeby jednak nadać dzisiejszej kulturze rowerowej odpowiednio szeroki kontekst, autorka sięga do archiwów i cytuje pierwsze numery ukazującego się w XIX wieku "Cyklisty". Poza oczywistymi w takich przypadkach wypiskami z Bolesława Prusa uczącego się jazdy na welocypedzie (zderzonymi z doświadczeniami dzisiejszego warszawskiego welocypedysty) oraz opisem historii Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów, jednej z najbardziej prężnych organizacji pozarządowych działających na przełomie XIX i XX wieku, otrzymujemy całą garść smakowitych archiwaliów. Takich choćby, jak fragment przepisów dotyczących poruszania się rowerzystów po mieście: "W razie niepokoju koni przy ukazaniu się cyklisty, ostatni obowiązany jest zejść z welocypedu i o ile możliwości ukryć go przed wylęknionym koniem" lub: "zabrania się jazdy po mieście w ubiorach wyścigowych i bez kurtki, również jak i używania podczas jazdy ubiorów zwracających na siebie uwagę".

Antek Ambroziewicz podczas treningu w sali klubu Tysiąc Pięćset na Powiślufot. Federico Caponi

Dość dobrze opisana jest również współczesna historia ruchu rowerowego w Warszawie. Przypominamy sobie rozbicie niezalegalizowanej Masy Krytycznej na moście Świętokrzyskim w 2004 roku lub malowanie przez "przypadkowych rowerzystów" ścieżki rowerowej na ulicy Świętokrzyskiej w 1998. Ta ostatnia akcja, która była odpowiedzią na słowa urzędnika o tym, że "Warszawa to miasto a nie wieś, więc podstawowym środkiem transportu powinien tu być samochód" pokazuje skalę zmian, jakich w kwestii rowerów (bo jednak wciąż jeszcze nie "polityki rowerowej") doświadczamy w Warszawie. Od zdecydowanego sprzeciwu i wrogich akcji po działania choćby takie jak te opisane przez twórców Praskiej Grupy Rowerowej, gdy na ich nieformalnym przejeździe pojawili się dzielnicowi politycy w garniturach proponując współpracę. Te zmiany udało się uchwycić Magdalenie Stopie dość dobrze i myślę, że co najmniej z tego powodu książka jest warta przeczytania.

Choć głównym tematem książki są rowery, przy okazji możemy pobawić się w śledzenie innych wątków. Dla mnie jednym z ważniejszych była rowerowa historia społeczeństwa obywatelskiego. Od WTC, które w ciągu miesiąca od ukonstytuowania było w stanie postawić swoją pierwszą siedzibę, a po kilku latach poza promocją rowerów zajmowało się filantropią, kulturą, sztuką i krzewieniem obywatelskich postaw, przez regularne stowarzyszenia i fundacje po szereg mniejszych i większych grup nieformalnych.

Twórcy Masy Krytycznej czy nocnych przejazdów pokazują, jak przy okazji rowerów uczyli się prawa, dyskusji z władzą, rewindykowania swoich praw. Ważny jest też wątek finansowania - często opartego nie na zewnętrznych, wydreptanych źródłach, a na samoopodatkowaniu się członków i członkiń. I najważniejsze - pluralizm - różne grupy realizujące w różne sposoby różne potrzeby różnych rowerzystek i rowerzystów. Bogactwo przykładów nie pozostawia wątpliwości - w Warszawie każdy, kto chce mieć coś więcej wspólnego z rowerami, znajdzie swoją niszę. A jeśli organizacji czy grupy nieformalnej jeszcze nie ma - może ją utworzyć sam.

Rowerzyści jadą przed Pałacem Namiestnikowskim w Warszawiefot. Federico Caponi

Wbrew tytułowi (tylko rowerzyści, a gdzie rowerzystki?) książka Stopy i Caponiego to także ciekawa opowieść o kobietach na rowerach. Pojawiają się na kartach tej książki dzisiejsze kurierki, zawodniczki bikepolo, organizatorki festiwalu filmów rowerowych czy warsztatów rowerowych dla kobiet Zębatka. Jednak warszawianki nie odkryły roweru przed chwilą. Frapuje fragment o urodzonej w 1875 roku Karolinie Kocięckiej, która w 1900 roku wygrała 12-godzinny wyścig torowy w Petersburgu, pokonując kilkunastu mężczyzn, później przejechała w ciągu 6 tygodni ponad 8000 km na trasie z Petersburga przez Warszawę, Kijów i Moskwę z powrotem do Petersburga. Kocięcka była prawie zupełnie zapomniana już w latach 30. "I właściwie tak pozostało do dziś. Nie powstała żadna poważniejsza publikacja o niej, napisano jedynie parę artykułów. Szkoda też, że nikt nie pojechał jej trasą" - pisze Stopa, tylko odrobinę zmieniając ciszę po Kocięckiej.

Żeby mój tekst nie był wyłącznie laurką, muszę wspomnieć o drobnych wadach. Miejscami może irytować styl autorki, która stawia się w pozycji osoby, dla której pewne przejawy rowerowej kultury są odkryciem. To sprawia, że książka ta czasem wydaje się bardziej skierowana do osób z zewnątrz niż do tych, którzy organizują masowe przejazdy lub tych, które skręcają stare rowery na rowerowni w skłocie Syrena. Książka nie była też oczywiście w stanie pomieścić całej historii warszawiaków i warszawianek na rowerach. Brakuje mi w niej bliższemu przyjrzenia się roli rowerów podczas II wojny światowej, tego, w jaki sposób znikły niemal z warszawskich ulic w dekadach powojennych czy - szczególnie interesującej i zapoznanej - historii istniejącego w mieście w dwudziestoleciu międzywojennym żydowskiego towarzystwa cyklistycznego.

Tadeusz Baranowski, założyciel grupy Nocny Rower, w swoim wieczorowym stroju rowerowymfot. Federico Caponi

Również lista dzisiejszych zjawisk, choć bardzo długa, wydaje się niewyczerpana. Nie czytamy o rosnącej popularności kolarstwa szosowego, nie ma chłopaków i dziewczyn skaczących na swoich trialowych rowerach lub zjeżdżających ze skarpy. Za mało też, jak dla mnie, możemy dowiedzieć się o sklepach i warsztatach rowerowych, choćby o kultowym zagłębiu sklepów na ulicy Nowowiejskiej. Mimo, że książka jest bardzo aktualna, nie znalazło się w niej też odpowiednio dużo miejsca na opisanie fenomenu Veturilo. Gdybym mógł domagać się czegoś jeszcze, na pewno poprosiłbym o świadectwa zwykłych rowerzystek i rowerzystów, w różnym wieku i o różnym statucie majątkowym, niekoniecznie tworzących świadomie kulturę rowerową, ale będących z pewnością istotną częścią tej zmiany, którą opisuje Stopa. Cóż - na pewno nie można mieć wszystkiego, książka zasługuje na wydanie uzupełnione, niekoniecznie w druku, może po prostu na ulicach.

Oczywiście zupełnie osobną sprawą są fotografie - zarówno te wyszperane w archiwach, jak i przede wszystkich mistrzowsko wykonane przez Federico Caponiego, będące na równi z tekstem świadectwem dzisiejszej rowerowej Warszawy z całą jej siłą tkwiącą w różnorodności. Weźcie tę książkę do ręki, na szczęście nie jest długa i dzieli się na krótkie rozdziały. To nie będzie wam przeszkadzało w natychmiastowej rowerowej przejażdżce, na którą na pewno najdzie was ochota podczas czytania i oglądania.

Konrad Olgierd Muter

Więcej o:
Komentarze (1)
"My, rowerzyści z Warszawy" mamy swoją monografię
Zaloguj się
  • rowerzysta_jaw

    Oceniono 1 raz 1

    "Nie czytamy o rosnącej popularności kolarstwa szosowego, nie ma chłopaków i dziewczyn skaczących na swoich trialowych rowerach lub zjeżdżających ze skarpy."
    Moim zdaniem to akurat dobrze. Książka nazywa się "My rowerzyści z Warszawy", a nie np. "My kolarze z Warszawy" (na szczęście mamy na to dwa różne słowa, jak Holendrzy :) departmentfortransport.wordpress.com/2013/02/02/cyclists-you-have-a-language-problem/ ). Mieszanie sportów rowerowych z transportem rowerowym może przynieść negatywne skutki, np. utrwalać stereotyp, że jazda rowerem po mieście to zajęcie tylko dla zapaleńców. Zresztą to tak, jakby w książce "Rola pieszych w polskich miastach" był rozdział poświęcony biegom maratońskim czy sprinterskim.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX