Rowerem do szkoły: Najczęstsze problemy, czy raczej mity?

Kiedy ty nie chcesz jechać do pracy rowerem, wystarczy, że powiesz "jest kiepska pogoda". Kiedy nie chcesz, aby rowerem do szkoły jechało twoje dziecko, masz znacznie dłuższą listę do wyboru. Czy to jednak znaczy, że usprawiedliwienie jest wystarczające?

Jak mam posłać dziecko do szkoły, skoro w mieście brakuje dróg rowerowych?

Braku infrastruktury obawiają się nie tylko rodzice. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że bez kompletnej sieci dróg dla rowerów jazda po mieście skończy się źle.

Wcale nie musi tak być. Nie tylko można jeździć po mieście, gdzie nie wszędzie są odseparowane drogi rowerowe, ale również - odseparowane drogi rowerowe nie oznaczają gwarancji bezpieczeństwa.

Na idealną infrastrukturę rowerową przyjdzie nam jeszcze poczekać, a być może nie doczekamy jej nigdy. Na szczęście często do szkół - szczególnie w miastach - można dojechać lokalnymi, osiedlowymi drogami (bezpieczna infrastruktura to nie tylko drogi dla rowerów - to również strefy uspokojonego ruchu, których na szczęście w polskich miastach przybywa). Nie należy też zapominać, że dziecko do 10 roku życia jadące na rowerze to pieszy i może poruszać się chodnikiem. A im więcej ludzi (w tym przede wszystkim dzieci i młodzieży) będzie jeździło rowerami, tym większa presja na władze lokalne, by bezpieczną infrastrukturę tworzyć. To również większa widoczność rowerzystów na drodze i wreszcie - mniej samochodów. I kółko się zamyka.

To zbyt niebezpieczne

Oczywiście można zrozumieć tych, którzy zakrzykną: "moje dziecko nie będzie mięsem armatnim". Nawet jeśli wierzymy w to, że więcej rowerzystek i rowerzystów na ulicach to większe ich bezpieczeństwo (zresztą nie chodzi o wiarę - na to są liczby), to zejście na poziom jednostki, szczególnie jednostki, która ma - powiedzmy 11 lat i jest naszym Najdroższym Cukiereczkiem, zaufanie do liczb potrafi podważyć.

Nie oczekuję, że patrząc na informacje, z których wynika, że częściej ofiarami wypadków są dzieci jadące autem czy idące piechotą niż dzieci jadące rowerem, rodzice innych dzieci, wpakują swoje pociechy na siodełka. Kultura strachu, budowana choćby poprzez akcje rozdawania kasków i odblaskowych kamizelek, jakby bezpieczeństwo to była tylko kwestia odpowiedniego pancerza, mocno wryła nam się w głowy. Pamiętajmy jednak, że wcześniej czy później (z reguły wcześniej) nasze dziecko nas opuści,

będzie wystarczająco dorosłe, by pójść czy pojechać gdzieś samo. I wówczas dużo bezpieczniejsze będzie (a my dużo spokojniejsi), gdy będzie znało przepisy, wiedziało, jak poruszać się po drodze, czego należy się obawiać, a czego obawiać się nie należy. Tego nie nauczy się z podręcznika. To musi wyćwiczyć. Najlepiej w codziennych przejażdżkach z rodzicami do szkoły.

Dziecko nie zna przepisów

No nie zna. Bo niby skąd? Z czytanki do pierwszej klasy? Z gazetki rozdawanej w szkole? A może z "miasteczek ruchu drogowego"?

To wszystko jest potrzebne, ale nie zastąpi praktyki. Praktyki pod czułym i czujnym okiem rodzica lub opiekuna. Jeżdżę z moim dzieckiem po drogach publicznych od ponad dwóch lat, czyli od kiedy zaczęło jeździć. Obecnie jedzie do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Zapewniam was, że wielu dorosłych rowerzystów nie ma takiej świadomości dotyczącej znaków, pierwszeństwa przejazdu, trzymania się prawej strony itp.

Dziecko nie da rady dojechać do szkoły

Zazdroszczę rodzicom, którzy nie wierzą w siły i energię swoich dzieci. Oznacza to zapewne, że wysypiają się i nigdy nie muszą błędnie omiatać wzrokiem placu zabaw. Większość dzieci jednak swoim zaangażowaniem w fizyczny wysiłek przerasta znacznie oczekiwania rodziców. I dla tych dzieci nie będzie żadnym problemem przejechanie nawet dwóch-trzech kilometrów do szkoły i z powrotem (podobno w Holandii przeciętna dwunastolatka przejeżdża rocznie 5000 kilometrów. Jak tam wasze wyniki?).

Oczywiście problem robi się, gdy do szkoły jest dalej. Ale i na to jest sposób. Dzieci można podpiąć na rowerowy hol, albo wsadzić na tandem. Tandem - owszem - kosztuje. Ale używany raczej nie więcej niż 2-3 miesiące paliwa i ubezpieczenia wielkiego samochodu.

A przy odrobinie szczęścia (albo samoorganizacji) może i do waszej miejscowości zawita inicjatywa podobna do Eltern Taxi (rodzicielskie taxi), którą w kilku miastach niemieckich rozwija organizacja zajmująca się promocją ruchu rowerowego. Udostępnia ona mianowicie szkołom (a przez to rodzicom) specjalne tandemy. Rodzice pożyczają rower na kilka dni, by móc się przekonać, że nie ma nic złowrogiego w jeździe rowerem do szkoły. Dziecko zaś ma okazję dość dokładnie przyjrzeć się, jak zgodnie z przepisami i bezpiecznie pokonać drogę z domu do szkoły.

W szkole nie ma stojaków

To dość częsty problem. Dobry stojak jest nie tylko miejscem, gdzie rower można względnie bezpiecznie zaparkować, ale również widzialnym znakiem w przestrzeni - jesteście tu mile widziani, rowerzyści i rowerzystki. Na szczęście i to się zmienia. Jeśli zaś stojaka nie chce postawić z własnej inicjatywy szkoła, pytajcie we władzach dzielnicy, miasta czy gminy - są miasta, w których są na to środki.

Dopóki zaś stojaków nie ma - są znaki i płoty. I przede wszystkim - mocne zapięcia. Bo nawet najlepszy stojak nie pomoże, gdy rower przypięty jest do niego cieniutką linką na pseudoszyfr.

Nikt tak nie robi (będą się śmiać)

Także ten argument mocno traci na świeżości. Już kiedyś wspominałem o przedszkolu mojej córki, w którym w ciągu dwóch lat liczba dzieci przyjażdżających codziennie swoimi rowerkami i hulajnogami zwiększyła się z 3-4 do ponad 20. Rowerowa rewolucja zaczyna się w przedszkolu i nie zatrzyma jej pierwszy dzwonek.

Na pewno zaś mogą wzmocnić ją inicjatywy typu bike bus, polegające na tym, że grupa osób, jadąca mniej więcej w jednym kierunku, umawia się na wspólny przejazd (po drodze mogą być wyznaczone przystanki, by "zbierać" na nich kolejne osoby). W Wielkiej Brytanii organizowane są również tygodnie wspólnych przejazdów z domów do szkół - wówczas w rowerowe autobusy angażują się nie tylko dzieci czy rodzice, ale również nauczyciele i nauczycielki. Zawsze powtarzam, że rower to nie tylko środek transportu, ale również narzędzie odbudowywania lokalnych społeczności.

Dziecku nie będzie się chciało

Nie wykluczam. Może żyję w jakimś raju, wśród dzieci, które w pełni odpowiadają moim wyobrażeniom o fajnym społeczeństwie przyszłości. Pewnie są jakieś dzieci, które nie lubią jeździć rowerem, nie chce im się, nie mają z tego przyjemności. Nie ma co ich zmuszać. Ale jeszcze gorsze jest zabraniać jazdy rowerem tej większości, która naprawdę czerpie z tego przyjemność. Bo możemy mówić, że to jest zdrowe, ekologiczne, prospołeczne i tanie. Ale jednak przede wszystkim - jazda rowerem jest fajna. A już jazda rowerem w towarzystwie własnego dziecka to czysta przyjemność.

Konrad Olgierd Muter

A co Wy sądzicie o jeżdżeniu z dziećmi do szkoły na rowerach? Napiszcie koniecznie w komentarzach.