Jak Onyszkiewicz ścigał się z Geremkiem

"W czasie stanu wojennego rower miał dodatkowe zalety. Łatwo mi było się urwać, tym którzy mnie śledzili. Tajniacy, którzy próbowali iść za mną, byli za wolni. A ci w samochodach byli łatwi do zidentyfikowania i zgubienia. Mogłem przejechać przez park, przez bramę, przejść na drugą stronę dwupasmowej ulicy i zmienić kierunek. Rower był więc trochę narzędziem opozycyjnym." - wspomina Janusz Onyszkiewicz.

Dominik Szczepański: Kto pana nauczył jeździć na rowerze?

Zapraszamy do wzięcia udziału w weekendzie Polski na Rowery. Przyłączcie się do organizowanych imprez lub zróbcie własną. Więcej informacji TUTAJ.

Janusz Onyszkiewicz*: Chyba ojciec... Chociaż może to nie było tak, bo kiedy byłem mały, to rower był tak niesłychanie luksusowym przedmiotem, że myśmy go oczywiście nie mieli. Chyba dopiero jako kilkunastoletni młodzieniec zacząłem jeździć rowerem w gimnazjum.

W 1976 roku wyjechał Pan wykładać matematykę do Wielkiej Brytanii.

Wykładałem na kilku uniwersytetach. Zwłaszcza na Oksfordzie miałem okazję zobaczyć, jak rower może być użyteczny. Od tych prawie 35 lat poruszam się więc na dwóch kółkach wszędzie i nie używam prawie innych środków transportu.

Jak wspomina pan kulturę rowerową na Oksfordzie?

Przeżyłem mały szok. Wcześniej wykładałem też w Danii, więc miałem przedsmak tego, co spotkało mnie w Anglii. W Oksfordzie najbardziej zaskoczył mnie fakt, że jazda w garniturze na rowerze jest czymś kompletnie normalnym. Rower nie służył więc tylko do celów rekreacyjnych. A jeszcze lepsze było to, że nie trzeba było zabierać tego garnituru do plecaka i później się przebierać w miejscu pracy. Na siodełku można było wyglądać szacownie.

Po powrocie do Polski od razu wsiadł pan na rower?

Tak, wróciłem w 1979 roku. Kiedy nastała ”Solidarność” rozpoczęły się rozmowy o środkach przekazu. Były to pierwsze rozmowy między ''Solidarnością'' a rządem po podpisaniu porozumień. Cieszyły się ogromnym zainteresowaniem prasy krajowej i zagranicznej. Ja na to spotkanie zajechałem jak zwykle rowerem. Wywołało to niesłychaną sensację. Prasa czatowała pod budynkiem Rady Ministrów. Pamiętam, że dziennikarze z wielkim smakiem filmowali, jak ja ten rower przypinam łańcuchem do bramki przed urzędem Rady Ministrów, żeby mi go nikt nie ukradł.

Co to był za rower?

Ukraina. Taki wielki, radzieckiej produkcji, na balonach. Już wtedy był dosyć stary. W czasie stanu wojennego miałem taką historię. Przypinałem rower łańcuchem do jakiegoś słupka. Podszedł do mnie jakiś bardzo dystyngowany, starszy pan, wskazał na mój pojazd i zapytał: Ja bardzo pana przepraszam, ale czy czasy są tak złe, że nawet coś takiego mogą ukraść?

I ukradli?

A żeby pan wiedział! Ja się trochę rozbestwiłem. Dalej bałem się o ten rower, ale po tej rozmowie z tym starszym panem nieco mniej. Kiedyś go przypiąłem do wysokiego słupka, który jednak nie miał żadnej blokady na górze. W nocy musieli chyba wejść na jakąś drabinę i przeciągnąć ten rower.

Jak wysoki był ten słup?

2,5 metra.

Dlaczego miał pan taki rower?

Szukałem takiego, żeby można było jeździć po wybojach i nie bać się o niego. Zależało mi też, żeby był to rower damski i łatwo było na niego wsiadać. Ja zawsze woziłem jakieś rzeczy na bagażniku z tyłu. Można powiedzieć, że jeśli chodzi o rowery, to jestem feministą.

W czasie, kiedy inni decydenci jeździli do Sejmu limuzynami, pan nie rozstawał się z rowerem. Nie dogryzali panu?

Traktowali to jako nieszkodliwe dziwactwo. Będąc za granicą kupiłem kombinezon, żeby móc jeździć w czasie deszczu. Kiedy w tym ubiorze przychodziłem zmoczony do sejmu i zabierałem się do zdejmowania spodni, to widziałem panikę w oczach szatniarzy: co on tu za chwilę będzie robił? Po pewnym czasie przyzwyczaili się do tego. Pod Sejmem miałem swój słupek, do którego zawsze przypinałem mój rower. Co prawda pod budynkiem Senatu był stojak, ale jego projektant chyba nigdy roweru na oczy nie widział. Przegrody były tak płytkie, że wyłamywały się koła.

W zimie też pan jeździł?

Brałem dobrą czapkę i dobre, grube rękawice. Jako, że byłem alpinistą, to mam z gór takich rękawic mnóstwo. Jest taki jeden moment w zimie, kiedy jeżdżenie rowerem jest niewskazane. To ten dzień, kiedy spadnie świeży śnieg. Nie tylko chodzi o to, że jeździ się ciężko, jak w piasku. Te rowery, którymi jeździłem i dalej jeżdżę, strasznie się ślizgają. W ten dzień zdarza się, że zostawiam rower w domu.

Jak wyglądała rowerowa Warszawa PRL-u?

Nie było czegoś takiego. Bardzo mało było tych rowerów. Ja uważam się trochę za nestora i pioniera jeżdżenia rowerem po Warszawie. Teraz jest znacznie lepiej. Jest trochę ścieżek rowerowych, ale wciąż za mało. Poza tym te ścieżki mają często to do siebie, że nagle się zaczynają i tak samo nagle kończą. Dużo jest też ścieżek rekreacyjnych, ze sporą ilością ostrych zakrętów. Czasem ścieżka omija jakieś drzewo. Z tego powodu nie można jeździć szybko, więc nie są to ścieżki idealne dla celów komunikacyjnych. W zimie ścieżki nie są odśnieżane, więc często trzeba jeździć szosą albo chodnikiem.

Rower pomagał panu w życiu?

W czasie stanu wojennego rower miał dodatkowe zalety. Łatwo mi było się urwać, tym którzy mnie śledzili. Tajniacy, którzy próbowali iść za mną, byli za wolni. A ci w samochodach byli łatwi do zidentyfikowania i zgubienia, bo w sposób demonstracyjny musieli jechać wolno. Mogłem przejechać przez park, przez bramę, przejść na drugą stronę dwupasmowej ulicy i zmienić kierunek. Nie mogłem oczywiście dojeżdżać rowerem do miejsca, gdzie miałem się spotkać ze Zbyszkiem Bujakiem czy z kimś innym, bo po rowerze mogli nas zdemaskować. Rower był więc trochę narzędziem opozycyjnym.

Jak ci tajniacy reagowali na pana rower?

Kiedyś spotkałem się z pewnym dziennikarzem w kawiarni przy Placu na Rozdrożu. Po chwili podeszło do mnie dwóch panów. Aresztowali mnie i powiedzieli, że zabierają mnie na komisariat. Mówię im: panowie, ale ja tutaj mam rower. Skonsternowani odeszli na bok. Po chwili przyprowadzili milicjanta, który właśnie przechodził obok kawiarni i kazali mu jechać na moim rowerze do komisariatu. Bronił się: panowie, ale ja jestem w mundurze! Jak to na rowerze? Byli nieugięci: macie wsiadać i jechać! Odrzucili oczywiście możliwość, że ja pojadę na rowerze do komisariatu, a oni będą mnie eskortować. Po przesłuchaniu spotkałem tego milicjanta. Kiedy oddawał mi rower strasznie się żalił, że to dla niego był wielki wstyd jechać na takim gracie w mundurze.

Po 1989 roku nie zsiadł pan z roweru.

Kiedy w dramatycznych okolicznościach upadł rząd premiera Olszewskiego i ja zostałem nagle powołany na stanowisko sekretarza w Ministerstwie Obrony Narodowej. Wałęsa powiedział mi, że chce mi tę nominację wręczyć w obecności nowomianowanego premiera, którym był Waldemar Pawlak. Wałęsa mi mówi: Jedź szybko do ministerstwa. Tu są panowie z BOR-u, samochód już czeka. Poszedłem. Mówię do tych panów z BOR-u: Panowie, ja mam rower. Jedźcie za mną. Nie zgodzili się. Wsadziliśmy rower do bagażnika. Niestety wystawał i musieliśmy go przykryć jakąś szmatą. I tak podjechaliśmy pod Ministerstwo Obrony Narodowej, które obejmowałem. Inna historia. Po konferencji na Foksalu wychodzimy z budynku z profesorem Geremkiem. I on mówi: Janusz, musimy porozmawiać. Mam samochód. Jedziemy do Sejmu. Zgodziłem się, ale powiedziałem mu, że ja pojadę rowerem. Rzucił na pożegnanie, że najwyżej na mnie poczeka. Ja na to: Jeszcze zobaczymy, kto na kogo będzie czekał. Do sejmu jest trochę ponad kilometr w linii prostej. Oczywiście to ja na niego czekałem. Mnie nic nie kusi, żeby jeździć po Warszawie samochodem. Dla mnie rower to nie jest kwestia ideologii, tylko wygody.

Podczas swojej kariery alpinisty jeździł pan rowerem po różnych częściach świata?

Rower jest najbardziej popularnym środkiem lokomocji w Katmandu w Nepalu. Tam można łatwo go pożyczyć. Przychodziło się do jakiejś ulicznej budki, mówiło się w jakim hotelu się mieszka, pokazywało się paszport i brało się rower. Nie bali się obcokrajowców, bo przecież do samolotu ze sobą tych rowerów by i tak nie zabrali.

Jaki ma pan teraz rower?

Stary-nowy. Stary, bo kupiłem go mojej żonie dawno temu na bazarze, ale nim nie jeździła. Nowy, bo mój stary miał to nieszczęście, że trzymałem go przy domu niedaleko śmietnika. Śmieciarze uznali, że to był złom kompletny i go zabrali ze sobą. Zresztą, bardzo się chyba nie pomylili, bo rzeczywiście był cały pordzewiały.

A nie korci pana, żeby kupić sobie nowy rower? Jeden z tych święcących wystaw?

Po co? Mój rower ma dodatkową zaletę. Ciężko chodzi.

Jak to?

Spotkałem kiedyś Czesława Langa. Mówi do mnie: Panie Januszu, pan jeździ takim starym rowerem. Niech go pan do nas przywiezie, to my go podreperujemy, będzie lekko chodził. Odpowiedziałem mu: Ależ mi nie zależy na tym, żeby on lekko chodził, panie Czesławie! Dzięki temu, że chodzi ciężko, to ja mam dodatkowe ćwiczenie fizyczne.

* - Janusz Adam Onyszkiewicz (ur. 18 grudnia 1937 we Lwowie) - polski polityk, dwukrotny minister obrony narodowej (w latach 1992-1993 i 1997-2000), poseł na Sejm X, I, II i III kadencji, od 2004 do 2009 poseł do Parlamentu Europejskiego (do 2007 wiceprzewodniczący PE, a od 2007 wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych PE). (za: Wikipedia.pl)

Z Januszem Onyszkiewiczem rozmawiał Dominik Szczepański.

Więcej o:
Komentarze (4)
Jak Onyszkiewicz ścigał się z Geremkiem
Zaloguj się
  • remeti

    Oceniono 35 razy 31

    Normalna wypowiedź bezpretensjonalnej osoby pozbawionej urojeń wielkościowych i innych zaburzeń osobowości.
    Przyjemna lektura o najprostszych i ważnych sprawach.

  • gom1

    Oceniono 29 razy 29

    > Dla mnie rower to nie jest kwestia ideologii, tylko wygody

    Nic dodać, nic ująć :-)

  • mef3

    Oceniono 19 razy 15

    Pisanie, ze woda sodowa temu Panu nie uderzyla do glowy jest obraza dla inteligencji. Mozna byc normalnym czlowiekiem i jednoczesnie wielkim Polakiem. Bez bufonady i zaciecia.

  • fochna

    Oceniono 18 razy 14

    O, proszę, odrobina uśmiechu o poranku :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX