Latające rowery, czyli kto w Białymstoku robi rewolucję z tylnego siedzenia?

Zza przyciemnianej szyby służbowej skody nie wszystko można dostrzec - a co dopiero, kiedy się zajmuje tylne siedzenie. Może jednak warto czasem wyjść na powietrze i zobaczyć, jak się rzeczywiście sprawy mają.

W rozmowie z prezydentem Tadeuszem Truskolaskim czytamy, że oto ma powstać w Białymstoku system wypożyczalni rowerów miejskich. Taki jak ma Poznań, Rzeszów czy choćby Warszawa. Koszty na razie nie są znane, ale wiadomo, że np. Wrocław za stosunkowo niewielki system (140 rowerów i 17 wypożyczalni) zapłacił 1,2 mln zł, zaś budżet miasta na inwestycje rowerowe w 2013 roku to około 2 mln zł.

Otóż drodzy urzędnicy - to nie jest dobry pomysł. Kiedy ktoś buduje dom, nie zaczyna raczej od komina. No i przede wszystkim buduje na twardym podłożu, a nie na szczerym piachu.

System bezobsługowych wypożyczalni ma sens, jeśli ich potencjalni użytkownicy będą w pedałowaniu po mieście widzieli realną alternatywę dla własnych czterech kółek bądź dla autobusu. Tymczasem, póki co, miejskie rowery musiałyby latać, żeby ktoś z nich chciał skorzystać. Pan prezydent twierdzi, że ścieżki są wysokiej jakości. Rzeczywiście - niektóre są. Problem jednak w tym, że istniejące ścieżki nie są ze sobą połączone, więc jeździć można tylko porozdzielanymi odcinkami, na końcu których trzeba zejść z siodełka, by pozostać w zgodzie z przepisami. Wiele dróg rowerowych to ciągi pieszo-jezdne, które są utrudnieniem dla rowerzystów i zagrożeniem dla pieszych. Pan prezydent powiedział, że sam jeździ rowerem po mieście. Proponuję więc małe doświadczenie - proszę przejechać rowerem z domu do pracy, czyli do wieżowca na Słonimskiej - i może wtedy będzie można coś powiedzieć o jakości białostockich dróg dla rowerów. Niestety, wciąż najwięcej jest dróg rowerowych pomyślanych jako turystyczne trasy poza miasto, a nie sieć komunikacyjna w jego obrębie. Nowe ścieżki powstają nie tam, gdzie są potrzebne, ale tam, gdzie urzędnikom jest wygodniej je zbudować - to dlatego jadąc z Centrum na Dziesięciny trzeba ryzykować życiem na niemiłosiernie zatłoczonej Antoniukowskiej. Za to na Zawady można sobie pojechać piękną drogą dla rowerów wzdłuż ulicy Lodowej, po której jeździ kilka aut na godzinę.

Miasto nie ma żadnego pomysłu na usprawnienie komunikacji rowerowej, a co gorsza - nie chce się niczego na ten temat dowiedzieć. Zeszłorocznego budżetu (niewielkiego w skali inwestycji drogowych) na łączenie w całość dróg dla rowerów magistrat nie potrafił zrealizować w całości. Mało tego - ledwie udało się urzeczywistnić pomysł wciśnięcia rowerzystów na zatłoczony chodnik wzdłuż Lipowej, gdzie samochody nie jadą zbyt szybko i rowerzyści bezpiecznie mogą jechać jezdnią, a już proponuje się następny absurd wzdłuż Grochowej. Miasto, budując drogi dla rowerów, nie przestrzega nawet tych kilku zaleceń, które umieszcza na swojej własnej stronie internetowej!

Trudno nie dostrzec braku elementarnych przesłanek do tworzenia w Białymstoku systemu rowerów miejskich. Ci, którzy chcą poruszać się rowerem, już to robią na swoich jednośladach, pomimo wszystkich figli, jakie płatają im tęgie umysły miejskich planistów. Cała reszta potencjalnych rowerzystów miejskich prędzej pójdzie piechotą, niż podejmie trud poruszania się po luźno porozrzucanych fragmentach ścieżek. W najlepszym zaś wypadku będą poruszać się chodnikami ku (słusznemu) oburzeniu przechodniów, a za to wbrew Kodeksowi drogowemu.

Trudno być specjalistą od komunikacji rowerowej jeżdżąc na tylnym siedzeniu służbowego auta. Kiedy jednak się czegoś nie wie, zawsze można spytać kogoś, kto ma ten temat pojęcie. Można też podejrzeć, jak to robią inni. A najprościej byłoby samemu pojeździć rowerem po Białymstoku i zobaczyć, na czym rzecz polega. Sprzęt chętnie pożyczę.

Miasto przyjazne rowerzystom, to nie takie, które dostanie taki tytuł od PTTK za ilość kilometrów ścieżek brutto. Tu chodzi o zmianę mentalności magistratu, a do tej mamy jeszcze daleko - choćby decyzja o nieodśnieżaniu dróg dla rowerów w zimie jest doskonałym tego przykładem.

Oczywiście, można kupić sobie za ciężkie pieniądze wisienkę, położyć ją na pajdzie suchego chleba i mówić, że się ma tort. Tylko potem nie trzeba się dziwić, że nikt tego nie chce jeść.

Artykuł pochodzi z białostockiego wydania lokalnego Gazety.