Rowery miłości

Podobno kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru. Ale czy bez roweru może istnieć miłość?

W Zagrzebiu znajduje się niewielkie Muzeum Zerwanych Związków. Ludzie zostawiają w nim przedmioty, które w jakiś sposób wiążą się z ich byłymi partnerami lub partnerkami. Eksponatem numer jeden jest rower, którego pewna kobieta nie chciała ze sobą zabrać od swojego byłego po zakończeniu swojego związku. Pewnego letniego dnia zorientowała się jednak, że jazda komunikacją zbiorową czy samochodem nie ma sensu przy tak pięknej, słonecznej pogodzie (między nami - prawie nigdy nie ma sensu). Wsiadła więc na rower. „Dobrze mieć własny środek transportu, niezależnie od tego, czy się z kimś jest czy nie”.

Miłość od pierwszych kombinerek

Rower daje nam wolność (również od „eksów”, jak pokazuje zagrzebski przykład), ale - jak się okazuje - równie doskonale sprawdza się w związkach. Rozpoczyna je, rozpala, cementuje. A czasem po prostu jest praktycznym narzędziem. - Przez pierwszy miesiąc naszego związku jeździłem codziennie do mojej dziewczyny rowerem podczas dwudziestostopniowych mrozów - mówi Tomasz . Musiał to być niezły trening, bo trzykilometrową trasę Tomasz pokonywał w niecałe siedem minut, czasem w śniegu czy błocie pośniegowym.

Bardziej romantyczna niż praktyczna i rozważna jest Ludmiła. - Moje życie pełne jest historii o nieszczęśliwym zakochiwaniu się w typach, którzy potrafią jeździć bez trzymanki. Taki jeden jeszcze do tego ręce w kieszeni trzymał. - I to był jeden z powodów, dla którego się w nim zakochałaś? - pytam. - Nooo, jeszcze woził mnie na bagażniku i na ramie, i na kierownicy.

- Ja w ogóle uwielbiam, gdy ktoś jeździ bez trzymanki, bez względu na płeć - zaznacza Ludmiła. Sama umiała to robić tylko na swojej starej damce, która już dawno nie jeździ. Na nowym rowerze ćwiczy czasem, jak nikt nie patrzy.

Jednych fascynują mało przydatne i niezbyt legalne praktyki rowerowe, u innych romantyczne westchnienia wywołują narzędzia rowerowe: - Agatę poznałem niedługo po tym, jak skręciłem kolano na zjazdowej trasie w Alpach - wspomina Janek. - Rozmawiało nam się miło, ale to rower, na który wsiadła przy pożegnaniu, i fakt, że zawsze woziła przy sobie kombinerki sprawiły, że miałem ochotę na kolejne spotkanie.

Dzięki kombinerkom Janek i Agata spotkali się ponownie, a po kilku randkach, kiedy kolano Janka było już sprawne, umówili się na przejażdżkę. - Już po kilkuset metrach wiedziałem, że mam obok siebie rasową rowerzystkę, która jeździ sprawniej od niejednego kolegi. Smak odzyskanej wolności tylko potęgował uczucie ekscytacji - wspomina Janek.

Agata pamięta tę sytuację niemal identycznie. - Wspólna przejażdżka rowerowa sprawiła, że między nami zaskoczyło. Poczułam, że to frajda dla nas obojga. Nie trzeba było gadać, po prostu jechaliśmy!

Tandem z welonem

Jednak związek nie kończy się na kilku randkach. Nawet jeśli są to randki rowerowe. Kiedy Tomasz skończył swoje codzienne dojeżdżanie i jego związek wszedł w fazę stabilnego wzrostu zaczął wraz z Laurą szukać dla niej roweru (miała już jeden, ale był zbyt ciężki). Szukali rok (tak ważne są odpowiednie detale). Laura dostała nową szosówkę na Gwiazdkę i teraz na 36 metrach Tomasz i Laura mieszkają z 3 rowerami.

Również Agata wspomina: - Jeden z cudniejszych prezentów, jakie dostałam, to wygrana przez Janka w wyścigu rowerowym szosówka, którą mi podarował.

Z kolei pierwszym poważnym małżeńskim zakupem Wandy i Tomka był tandem. - Ile ja go szukałam, to nie masz pojęcia - wspomina Wanda. - Chyba z rok to trwało, upatrzyłam sobie ramę i kolorystykę, a taki model był nie do zdobycia. W Berlinie spędziliśmy cały dzień i objechaliśmy wszystkie sklepy z rowerami a i tak nie znaleźliśmy.

Tandem Wandzie i Tomkowi miał służyć do ślubu. Oficjalnie chodziło o to, aby poprzez rowerowy ślub pokazać, że rower nie służy tylko do wycieczek poza miasto - mówi Wanda. Nieoficjalnie przyznaje, że chcieli mieć na ślubie coś wyjątkowego, ale nie wymuszonego. - Rower to było to! Poza tym bez sensu jest wydawać 1000 zł na samochód do ślubu jak za tyle kupisz rower który masz na zawsze.

Ślub udał się, suknia nie wkręciła się w szprychy (była krótka, ale rower miał osłonki, więc dłuższa też mogła być). - Dużo naszych znajomych i cześć rodziny też przyjechali na rowerach. Niestety tylko ci, którzy i tak jeżdżą. Reszty nie udało się przekonać. Zresztą pogoda nie sprzyjała - od rana lało - wspomina Wanda.

Tandem służy im do dzisiaj, jeżdżą nim na dłuższe wycieczki a czasem sadzają na nim młode pary, którym robią zdjęcia ślubne.

Cykloza w posagu

rowery, kieliszki

Na rowerach do ślubu chcą pojechać również Laura i Tomasz. - Ale najpierw planujemy spędzić rowerowe święta wielkanocne: namiot, dwa rowery i wycieczka w okolice Bugu - mówi Tomasz.

Na długie wycieczki jeździły również Ida i Jola. Najpierw jednak ta pierwsza musiała nauczyć się prowadzić rower. - Kiedy byłam mała jeździć na rowerze nauczył mnie tata, potem rodzice się rozwiedli, rower ktoś ukradł i nigdy więcej nie dostałam nowego. Kolejny raz na rower wsiadłam, kiedy miałam 20 lat i musiałam się od nowa uczyć jeździć. Uczyła mnie Jola, z którą wtedy byłam. Kiedy wsiadłam na jej górala nie wiedziałam, jak obsługuje się hamulce ręczne (na moim dziecinny rowerze hamowało się kręcąc pedałami do tyłu). Po 20 metrach zatrzymałam się na ogrodzeniu i przewróciłam razem z rowerem.

Kiedy Ida zrozumiała już zasadę działania ręcznych hamulców, Jola zaczęła pokazywać jej, jak jeździ się po ulicy. - A w wakacje pojechałyśmy we dwie na rajd rowerowy wzdłuż Bałtyku. Wtedy nauczyłam się jeździć przez błoto i korzenie, po plaży i koło tirów.

Pasją rowerową od swojej dziewczyny zaraził się też Adam. To ona jeździła rowerem do pracy, on zaś tylko rekreacyjnie czasami jeździł na góralu. - Potem mi go ukradli i na rowerze przestałem jeździć - mówi Adam.

Kiedy parę lat później wynajął mieszkanie z dziewczyną (a obecnie żoną), kupił sobie rower, by jeździć do pracy jak ona. - A potem się potoczyło. Teraz to ja jestem bardziej rowerowy, a ona denerwuje się, kiedy zadręczam ludzi tym tematem. Także rower to teraz temat tabu: nie rozmawiamy o nim, choć oboje na nim jeździmy do pracy, na zakupy i wycieczki z dzieckiem - mówi Adam.

Rower staje się częścią wspólnego życia. Czasem - jak u Janka i Agaty - częścią bardzo istotną: - Agata prześcignęła mnie w liczbie rowerów, zasmakowała w technicznej jeździe po górskich szlakach i kurierskich wyścigach. Ja dzięki niej polubiłem jazdę po szosie. Moje narzędzia dołączyły do jej narzędzi i stworzyły domowy warsztat, przy którym na bieżąco serwisujemy nasze pojazdy.

Faceta bez roweru nie traktuję poważnie

Choć związki czasem się kończą, nie musi to oznaczać końca przyjaźni, a już na pewno końca jazdy rowerem: - Kiedy już nie byłyśmy parą, pojechałyśmy jeszcze na dwie wycieczki. Zresztą do tej pory jeżdżę na starym rowerze Joli - mówi Ida. - To dzięki niej przerzuciłam się na rower jako główny środek transportu w mieście a potem namówiłam do tego moją mamę, która dzielnie jeździ do pracy na rowerze wiosną, latem i jesienią - dodaje. I kończy: - Przez te kilka lat zmieniły mi się priorytety. Nadal imponują mi ludzie z prawem jazdy, ale faceta bez roweru nie traktuję poważnie. No bo jak niby mielibyśmy jechać na randkę?! Przecież nie samochodem!

Konrad Olgierd Muter

(niektóre imiona i fakty zostały zmienione)

Więcej o:
Komentarze (2)
Rowery miłości
Zaloguj się
  • gom1

    Oceniono 4 razy 4

    Kilka lat temu odprowadzaliśmy parę naszych przyjaciół do Urzędu Stanu Cywilnego:
    lasica.hostdmk.net/doktor/slub/index.html
    Zrobiliśmy małą Masę Krytyczną, ale wyjątkowo żaden z kierowców nie miał nic przeciwko ;-)

    Na jednej z fotek jadę obok swojej obecnej żony. Poznaliśmy się oczywiście na rowerach. Potem były wspólne wycieczki (Grono), Masy, ogniska, nocne szwędanie się na jednośladach po mieście (Nocny Rower). A teraz kombinujemy jaką przyczepkę rowerową kupić dla naszego dziecka :-)

  • zyrol81

    0

    My z żoną jeździmy bardzo często na rowerkach. Do tego mamy hol dla dzidzi i bierzemy ją na dłuugie czasem wyprawy. Moja córka ma 3 latka i woli jeździć rowerkiem dużo bardziej niż autem, czy pociągiem. Dlatego czasem przyczepiamy rowerek dziecka i w trójeczkę jedziemy sobie za miasto czasem pozwiedzać sąsiednie miejscowości. Jednak u nas rowerek bywa czasami kościa niezgody. Ze względu na preferencje. Żona woli drogi, a ja pola i lasy. Żona boi się jeździć ulicą, a ja jeżdżę głównie drogami (nawet z dzieckiem). Żona raczej powolutku, a ja czasem lubie przycisnąć. Dodatkowo moja forma pozwala na dużo więcej niż jej, co również prowadzi do kłótni, bo ja jeszcze nie jestem zmęczony i spokojnie sobie jadę nawet ciągnąc dzidzie, a żona ledwo nadgania zlana potem. Czekam na nią, ale czasem ciężko utrzymać jej tempo szczególnie gdy z tyłu dziecko macha rowerkiem na lewo i prawo. No i ostatecznie żona uważa, że rower na zakupy się nie nadaje, bo się nie da nim wozić dużo i ciężko. Tymczasem ja potrafię rowerem nawet po spore zakupy jechać, nawet jeśli wymaga to jechania do sklepu dwa czy trzy razy. Ale ten ostatni problem jakoś rozwiązaliśmy, bo planujemy zakup przyczepki rowerowej. Choć znając moją ukochaną to pewnie będą kłutnie kto ma ciągnąć dziecko, a kto zakupy. Ale... damy radę. :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX