Jak karać rowerzystów pod wpływem?

Jesteś trzeźwy, jedziesz rowerem, policja zatrzymuje cię do rutynowej kontroli. Sprawdza, czy masz zakaz prowadzenia roweru. Jeśli tak, możesz trafić do więzienia.

 

Rządowy projekt zmian dotyczący karania pijanych rowerzystów trafił właśnie do Sejmu.

W myśl nowych przepisów jazda rowerem pod wpływem alkoholu nie będzie już przestępstwem karanym więzieniem, lecz wykroczeniem, za co grożą: grzywna, praca społeczna lub dozór elektroniczny.

- Ci drobni pijaczkowie, z całym szacunkiem, którzy sobie po wiejskich dróżkach jeżdżą na rowerach do budki z piwem, powinni rowy kopać albo zajmować się innymi pożytecznymi działaniami, a nie kosztować każdego z nas 2,5 tys. zł miesięcznie, bo tyle kosztuje utrzymanie skazanego w więzieniu - uzasadniał jesienią zmiany w przepisach minister sprawiedliwości Jarosław Gowin.

Jednak w nowym kodeksie postępowania karnego znalazł się również zapis, że za jazdę rowerem pod wpływem alkoholu sądy będą orzekać zakaz kierowania rowerem na okres od sześciu miesięcy do trzech lat. Oznacza to, że np. rowerzysta z takim zakazem zatrzymany do rutynowej kontroli drogowej, nawet jeśli będzie trzeźwy, zostanie potraktowany jak przestępca, a sprawa znajdzie swój finał w sądzie. Za złamanie zakazu grozi bowiem kara do trzech lat więzienia.

- Zakaz prowadzenia pojazdu, w tym przypadku roweru, to naturalna konsekwencja jazdy po alkoholu. Nie ma znaczenia, że rowerzysta dał się raz złapać po wypiciu piwa, pokajał się i teraz już będzie jeździł trzeźwy - komentuje prof. Piotr Kruszyński, karnista z Uniwersytetu Warszawskiego.

Innego zdania są jednak rowerzyści. - Tysiące osób zostaną przestępcami tylko dlatego, że z braku wiedzy wsiedli na rower i zostali na tym przyłapani. BBC nakręci kolejny materiał o polskich rowerzystach, którzy siedzą w więzieniach za to, że jeździli rowerem mimo zakazu, a Holendrzy nie będą się mogli nadziwić, jak można zakazywać czegoś tak pożytecznego jak jazda na rowerze - mówi Adam Łaczek ze stowarzyszenia Kraków Miastem Rowerów.

Interpelację w tej sprawie napisał już do Ministerstwa Sprawiedliwości poseł Józef Lassota z PO. "Mamy tu do czynienia z paradoksem: jazda zgodnie z zasadami bezpieczeństwa ruchu drogowego może być czynem cięższym gatunkowo niż oczywiste naruszenie zasad bezpieczeństwa. Dodatkowo orzekanie zakazu prowadzenia roweru kryminalizuje samą jazdę rowerem, a więc czynność pożyteczną dla reszty społeczeństwa. Osobę z orzeczonym sądowo zakazem np. każda wycieczka rowerowa z dwuletnim dzieckiem w foteliku czyni przestępcą. Świadomość kary za złamanie zakazu prowadzenia roweru jest bardzo niska w polskim społeczeństwie, bo w powszechnym mniemaniu za jazdę rowerem i zdrowy tryb życia powinno się raczej nagradzać, a nie karać pozbawieniem wolności" - przekonuje poseł Lassota.

W podobnym tonie wypowiada się Olivier Schneider z Francuskiej Federacji Użytkowników Rowerów, który w zeszłym roku odwiedził polskie miasta w ramach polityki prorowerowej. - Jeśli już sam minister sprawiedliwości dostrzegł, że trzeba zmienić kwalifikację czynu z przestępstwa na wykroczenie, bo aktualny system jest nieefektywny (kosztowny, bez społecznych zysków), to niech nie zostawia tego zakazu prowadzenia roweru, który jest mylący i krzywdzący. Przez ten zakaz nowelizacja niewiele zmieni. Rowerzyści wciąż - być może w nieco mniejszej liczbie - będą trafiać za kratki bez racjonalnych podstaw - komentuje Schneider.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie przyjmuje tych argumentów. Michał Królikowski, podsekretarz stanu, w odpowiedzi na pismo posła Lassoty napisał, że zakaz prowadzenia roweru "należy zaliczyć do sankcji o dolegliwym charakterze" i że "rezygnacja z obligatoryjnego orzekania tego środka w stosunku do sprawców wykroczeń nie wydaje się dostatecznie uzasadniona".

Artykuł pochodzi z portalu Wyborcza.pl