Szerzej o sprawie holenderskiego dziennikarza

O sprawie Berta van der Linden - holenderskiego dziennikarza zatrzymanego w Polsce za jazdę rowerem po wypiciu piwa - polskie media pisały niewiele. W Holandii był to jednak temat szeroko relacjonowany. Ciekawe opinie i dane dotyczące sprawy przedstawiają też niektórzy Polacy.

Sprawę szczególnie mocno nagłośniła holenderska gazeta AD, dla której pracował zatrzymany w Polsce dziennikarz. Pojawiły się w niej dwa artykuły, z których jeden to obszerna relacja zatrzymanego, godzina po godzinie.

Media w Holandii oburzone

Holenderskie media oburzone są nie tylko samym faktem zatrzymania Berta van der Linde, ale też wyglądem samego postępowania. Bulwersujące dla holendrów było zatrzymanie dziennikarza na noc w areszcie oraz dokładne przeszukanie połączone z koniecznością rozebrania się. Sam zatrzymany pisze o tym tak:

"To było poniżające. Najpierw musiałem się rozebrać, kazano mi ściągnąć nawet spodnie. Skuto mnie też kajdankami. A to wszystko z powodu trzech piw jakie wypiłem tej nocy."

Znalezione w sieci artykuły opisujące historię Berta van der Linde mają tytuły w stylu: "Holender upokorzony w polskiej celi". Nie jest to z pewnością najlepsza reklama dla Polski.

Holendrzy: Polskie prawo surowe

Holendrzy zwracają też uwagę na surowość prawa w Polsce. Na portalu AD.nl czytamy:

Dziennikarz, który został zatrzymany, jest ofiarą ostrych przepisów dotyczących alkoholu w Polsce. Od 2009 roku, gdy nowa ustawa weszła w życie, poziom alkoholu we krwi kierującego nie może przekraczać 0,2 promila, czyli około jednej szklance piwa.

W Holandii za jazdę rowerem po alkoholu grozi jedynie mandat. W dodatku Policja zatrzymuje tylko tych rowerzystów, którzy jadąc pod wpływem alkoholu faktycznie stwarzają zagrożenie na drodze. Limit dla kierowców wynosi zaś 0,5 promila, a nie 0,2 jak w Polsce.

Holendrzy zwracają też uwagę na inny absurd dotyczący polskich przepisów:

Limit dotyczy wszystkich rodzajów transportu: samochodów ciężarowych, motocykli, motorowerów, skuterów, ciągników i rowerów.

Na ten problem zwracaliśmy już uwagę także na naszym portalu komentując wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał uznał, że nietrzeźwi cykliści pędzą nawet 70km/h i stwarzają podobne niebezpieczeństwo jak pijani kierowcy TIRów lub nietrzeźwi kierowcy autobusów wiozących setkę ludzi. Dowodów przemawiających za tą tezą nie podano.

Sami Polacy w kwestii karania nietrzeźwych rowerzystów są podzieleni. Temat ten był przedmiotem interpelacji poselskich i wielu dyskusji - tak w świecie polityki, jak i w Internecie. Projekt ustawy depenalizującej jazdę rowerem po alkoholu jest aktualnie opracowywany przez Sejm - co ciekawe, nie z powodu na swoją absurdalność, a na koszty generowane przez obecne prawo. Przepis ten zapełnia polskie areszty kilkoma tysiącami skazanych rowerzystów, a miesięczne utrzymanie każdego z nich kosztuje budżet 2,5 tysiąca złotych.

Kara wysoka, czy niska?

Co ciekawe, sam dziennikarz uważa się za dość szczęśliwego. Jak słusznie zauważa, w Polsce za jazdę pod wpływem alkoholu, można dostać karę nie tylko grzywny, czy zakazu kierowania pojazdami, ale nawet aresztu lub więzienia. Jego kara składająca się z grzywny samoistnej (wysokości 500 euro) i zakazu kierowania pojazdami przez dwa lata, nie była więc najgorsza z możliwych.

Odmienne zdanie w sprawie mają Polacy. Adam Łaczek zajmujący się od dawna tematem alkoholu na rowerze, zauważa, że statystycznie rzecz biorąc, holender został potraktowany bardziej surowo niż popełniający ten sam czyn Polacy, wliczając w to nie tylko rowerzystów, ale i kierowców aut. Na stronie Ibikekrakow czytamy:

Skandaliczna w całej sprawie jest też wysokość kary: Holender dostał 2 lata zakazu jazdy na rowerze, co jest ewenementem na skalę europejską, oraz 2000 zł grzywny. Tymczasem spośród 29 705 ukaranych grzywnami samoistnymi pijanych kierowców samochodów tylko ok. 3 000 dostało wyższe grzywny niż Holender.

Rafał Muszczynko

Więcej o: