Rysiek, ale Ty się trzymasz!

"Nie umiem współczuć, nie rozumiem, kiedy ktoś narzeka, że boli go noga czy kręgosłup. Jak boli, to tak musi być" - mówi Ryszard Szurkowski, legenda polskiego kolarstwa w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem

Przemysław Iwańczyk: Pewnie słaby z pana kompan na męskie spotkanie przy alkoholu.

Ryszard Szurkowski: Dlaczego? Możemy wypić jakieś whisky. Wieczory są długie, posiedzimy...

Myślałem, że stanowczo odmawia pan alkoholu. Mimo 66 lat wciąż pan trenuje po kilkanaście godzin w tygodniu, nie choruje i ma sylwetkę modela z wybiegu.

- Odmawiałem, kiedy wyczynowo uprawiałem sport. Pierwszego wysokoprocentowego alkoholu spróbowałem, gdy miałem 41 lat. Wcześniej sięgałem najwyżej po lampkę wina, latem po piwo, które nie przeszkadza w sporcie, bo pobudza organizm i daje siłę, by po dużym wysiłku wziąć prysznic. Taki pozytywny doping.

Żeby nie wyszło, że teraz odrabiam zaległości... No, ale na towarzyskich spotkaniach whisky jest wskazane.

Tylko że przy stole - tak jak i na rowerze - mało kto ma z panem szanse. Podobno ma pan końską wytrzymałość.

- Nigdy nie pozwalam sobie, by cokolwiek zwaliło mnie z nóg. Wypijam tyle, by było fajnie. A jak wchodzę w stan lekkiego humoru, bastuję.

Z imprez wychodzi ostatni, a na wczesny ranek zarządza obowiązkowe zajęcia kultury fizycznej. Puka do pokoju każdego kompana, który opuszczał z nim salę bankietową. Takie anegdoty krążą o panu.

- Wiem, skąd ta opowieść. Byliśmy kiedyś na wyjeździe w towarzystwie sportowym i nie tylko. Wieczór się przedłużył, a wtedy, wiadomo, ranek jest trudny. Jeśli zacznie się go aktywnie, dzień będzie o wiele przyjemniejszy. A jak się śpi ledwie dwie godziny, wstanie i nic nie zrobi, do wieczora jest się sflaczałym. Zresztą rozchodząc się do pokojów, umawialiśmy się na wspólny sport. A jak umowa, to umowa.

Ile godzin dziennie poświęca pan na sport?

- Przynajmniej trzy razy w tygodniu po dwie godziny plus niedziela oczywiście.

Nie najeździł się pan w życiu rowerem?

- Dzięki temu utrzymuję stałą wagę. Mam zaledwie pięć, może sześć kilogramów więcej niż wtedy, kiedy wygrywałem Wyścig Pokoju. Jeśli pozwolę sobie na zbyt wiele, a wskazówka wagi niepokojąco się wychyla, ograniczam popołudniowe jedzenie. Zresztą wykluczam wieczorne uczty. 16.30-17 to mój ostatni posiłek. Później tylko lampka wina, choć zdarzy się czasem, że około 20 mam ochotę na kabanosa. Bardziej dla zabicia czasu niż zaspokojenia głodu.

Tak mało pan je?

- Dwa razy dziennie plus ten kabanos.

To wbrew zaleceniom dietetyków.

- Może i wbrew, ale takie są moje potrzeby. Oczywiście nie wspomniałem o jakimś przelotnym ciastku z kawą, ale generalnie jem dwa główne posiłki. Jeśli biorę się do sportu trzy, cztery razy w tygodniu, to z reguły w godzinach południowych. Dopiero potem obiad.

Porozmawiajmy o tych pana sportach.

- Przede wszystkim rower, przynajmniej półtorej godziny. Przy dobrej pogodzie, 13-14 stopni, w miarę suchej szosie, to nawet po dwie i pół godziny zdarza mi się pokręcić. Wychodzi 60-75 km dziennie, po pięknych terenach i wymagających trasach. Lubię szczególnie te na Dolnym Śląsku. Zimą, kiedy pogoda nie pozwala, mocuję rower do trenażera, takiego urządzenia, które bierze tylne koło do góry, i kręcę w miejscu, w domu.

A jeśli nie rower, to tenis. Tu też staram się wylać trochę potu, gram po dwie godziny, to minimum.

Tenis dla przyjemności czy dla towarzystwa? Bo grono partnerów ma pan zacne.

- Jedno i drugie. Potrzebuję się wyżyć fizycznie, to jest najważniejsze. A przy okazji spotykam się z przyjaciółmi i znajomymi.

Kogo pan ograł?

- Grywałem bądź grywam z hokeistą Mariuszem Czerkawskim, bardzo szybkim na korcie piłkarzem Piotrem Świerczewskim, siatkarzami z legendarnej ekipy Huberta Wagnera - Ryszardem Boskiem czy nieżyjącym już Wiesławem Gawłowskim. Poza tym z szermierzem Ryszardem Parulskim, zapaśnikiem Andrzejem Supronem. Wiele osób spotyka się przy tenisie.

Biznesowo-polityczna śmietanka też.

- Muszę wspomnieć o świetnym tenisiście, zmarłym w katastrofie smoleńskiej Jerzym Szmajdzińskim. Grał doskonale, zwłaszcza w debla. Z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim też się mierzyłem. W czwartkowe wieczory spotykamy się ze znajomymi u Zygmunta Solorza w Wiązownej pod Warszawą. Takie krótkie gry na zmianę, każdy może się poruszać, pogadać, zostajemy do 1-2 w nocy.

A na rower też pan kogoś zabiera?

- Na rowerowe przejażdżki wybieram się sam. Z obecnymi zawodnikami bym nie wytrzymał, a amatorzy nie wytrzymaliby ze mną. Sam sobie nadaję tempo. I czasem się denerwuję. Kiedyś pokonywałem wiadukt na mojej trasie bez przerzutki, a teraz muszę jej użyć. Może dlatego, że przez kilkanaście lat traktowałem rower drugoplanowo.

Od tej jesieni postawiłem jednak na systematyczność, choć nie zapisuję tego w moim dzienniku dnia.

Zauważyłem, że ostatnio, po przejechaniu kilkuset kilometrów, jedzie mi się coraz przyjemniej. Organizm nie reaguje już na wysiłek z takim trudem jak na początku.

Czyli zdarzało się, że roweru miał pan dość?

- Wydawało mi się, że powinienem odpuścić. To duży wysiłek, zwłaszcza dla człowieka o takiej mentalności jak moja. Kiedy wsiadam na rower, już po kilkunastu minutach rozgrzewki stawiam sobie zadania. Nie umiem inaczej.

Zaczęło mnie męczyć, że nie jadę dla zdrowia, a kiedy kończę, jestem całkiem „ujechany”. Po co tak mocno trenować, skoro tej formy i tak nie wykorzystam, bo unikam startów w wyścigach.

Dlaczego?

- Bo w takich wyścigach startują grupy zapaleńców, często byłych zawodowców. Dzielą się na tych, którzy w młodym wieku nie mieli predyspozycji, by się zrealizować, i takich, którzy byli piekielnie uzdolnieni, ale kariery i tak nie zrobili. Teraz, mając pieniądze i czas, jeżdżą na treningi do Hiszpanii, Włoch, na Bałkany i zdobywają formę. Pokonują w roku kilkanaście tysięcy kilometrów, wciąż są niemal zawodowcami. By im dorównać, musiałbym jeździć mniej więcej tyle co oni. A że tego nie robię, to i nie startuję, bo po co po przekroczeniu mety mają mówić „ale zlałem Szurkowskiego”. To mi się nie uśmiecha, bo z moim walecznym charakterem nie chciałbym być zlany przez tych, którzy kiedyś nie mieli nic do powiedzenia.

Chcę doprowadzić do tego, że w sezonie będę przejeżdżał po 100 i więcej kilometrów dziennie. I kiedy będę chciał jechać szybko, pojadę szybko, kiedy nie będę chciał, to będę wypoczywał. Cały ten czas ma być dla mnie dużą przyjemnością.

Tętno u pana w porządku?

- W granicach 60 uderzeń na minutę, w normie. Jako kolarz miałem i 40.

Z nadciśnieniem miewa pan kłopoty?

- Nawet nie próbuję sprawdzać. Kiedyś utrzymywało się w normie - 128 na 80.

Chodzi pan do lekarza?

- Byłem pięć lat temu. Kolega z wyścigów szosowych Mietek Nowicki [dwukrotny medalista olimpijski z Montrealu] zorganizował badania dla olimpijczyków. Przyjechało nas kilkunastu. U mnie żadnych przeciwwskazań do uprawiania sportu nie było. I mówili, żeby nie pokazywać się często u lekarza. Stosuję się do tej rady.

Pana rówieśnicy chodzą do lekarza nawet jeśli nie muszą.

- I ja będę musiał zapukać do stomatologa, bo czuję, że wypłukuje mi się plomba.

Niech mi pan wierzy, to wszystko przez sport. Kiedy szaleje grypa, wszyscy się szczepią, a ja nie, bo czuję, że mój organizm jest bardzo odporny. Może dwa razy w dorosłym życiu zdarzyły mi się standardowe, jesienne przeziębienia.

W czasie kariery nigdy nic mi nie dolegało, zawsze dbałem o to, by po treningu czy wyścigu zmienić strój, niezależnie czy padało, wiało, czy świeciło słońce. Po przebudzeniu mierzyłem tętno, dwa razy dziennie wchodziłem na wagę. Mam 174 cm wzrostu, ważę 85-86 kg, a tłuszczu nie mam wcale więcej niż jako olimpijczyk.

Widzi pan sens życia poza sportem?

- Widzę sens w tym, że trzeba być zdrowym. Nie można całego czasu spędzać w przychodniach i aptekach. Nie wiem, na czym polega spór między Ministerstwem Zdrowia, lekarzami i farmaceutami. Wiem za to, ile pieniędzy zabierano mi na składkę zdrowotną. Zastanawiam się po co, skoro w ogóle z niej nie korzystam.

Sport to zdrowie, dlatego będę go uprawiał. Nie wyobrażam sobie też, że nie mogę spotykać się z ludźmi - z młodymi, rówieśnikami albo starszymi ode mnie.

Czasem po latach przerwy słyszę od kogoś „Rysiek, ale ty się trzymasz” i przyznam, że mnie to krępuje. Bo nie rozumiem, jak ludzie mogą czuć się źle. Każdy powinien poczuwać się do odpowiedzialności za swoje zdrowie.

Ma pan życie poza sportem?

- Nie umiem usiąść i nic nie robić. Wtedy wymyślam sobie zajęcia - mycie samochodu, koszenie trawy, malowanie płotu. W mojej rodzinnej wsi na Dolnym Śląsku kupiłem starą, zaniedbaną posiadłość i ciągle coś tam poprawiam.

Sport i gospodarstwo - to mnie pochłania. Daje przeświadczenie, że trzeba rozsądnie poświęcić czas, żeby coś zmienić. Nie na wszystko mam pieniądze, więc, przeliczam, na co kiedy mnie będzie stać.

Ostatni pomysł to przerobienie dawnego pomieszczenia gospodarczego, gdzie trzymano krowy i konie, na klubik. Wyrównałem podłogi, sufity, nie ma już zapachu obory. Kolega podarował mi stary stół bilardowy, postawiłem stół do ping-ponga, zrobiłem barek z kawą. Zajęło mi to ostatnie półtora sezonu.

Dzieli pan kalendarz na sezony?

- Tak, w zimowym sezonie są dłuższe wieczory, więc wtedy umawiam się na tenisa. Dziś wieczorem też jadę pograć. W dłuższe dni jadę na wieś.

Tak naprawdę pan nigdy nie zsiada z roweru - niczym kolarz musi pan widzieć metę i do niej zmierzać.

- Nie ma dnia, żebym nie miał zaplanowanego choć jednego zajęcia, nawet jeśli jest to telefon do kolegi. Inaczej dzień byłby pusty.

Już teraz wiem, co będę robił w kwietniu - w Sobótce będzie inauguracja sezonu kolarskiego, a wcześniej zrobię coś u siebie na wsi. W sierpniu odbędzie się spotkanie olimpijczyków w Międzyzdrojach, memoriał Władysława Komara i Tadeusza Ślusarskiego.

Pierwsza niedziela września to dożynki koło Trzebnicy, zawsze na nie jeżdżę. Są wyścigi dla kolarzy amatorów, dobre jedzenie. Przyjeżdżają kumple z Wrocławia, ludzie sportu, polityki. Spotkamy się na pewno, już to zaplanowałem.

Szurkowskiego na takie podróże i zabawy stać...

- Od stycznia 2011 roku jestem emerytem, więc nie do końca na wszystko mnie stać. Przeliczam pieniądze i zamiast kupić sobie nowe koła do roweru za kilka tysięcy, przeznaczam je na wyjazd na Dolny Śląsk. Tak gospodaruję czasem, by dodatkowo coś zarobić.

Jak pan się tego nauczył, organizacji, planowania?

- Przez kilkanaście lat wyczynowo uprawiałem sport. W grudniu wiedzieliśmy, jaki będzie każdy kolejny dzień przyszłego roku. Od rana do wieczora wszystko było zaplanowane. Wyjazdy, przygotowania do nich, nawet pakowanie. I tak mi zostało, kalendarz na nowy rok, który teraz otwieram, jest już w znacznej części zapisany. Inaczej tracę porządek w sobie.

Denerwuje się pan kiedykolwiek?

- Nie. Czasem wybuchnę, ale na siebie. Np. kiedy niosę stertę rzeczy i wiem, że coś może spaść. Mógłbym oczywiście przenieść na dwa razy, ale wolę ryzyko, adrenalinę. I kiedy spada, przeklinam.

To moje jedyne wybuchy emocji. Zdarzają się często, bo jak już ruszę, nigdy się nie wycofuję. Jadę samochodem, widzę niewielką lukę do zaparkowania i się pcham. Mimo że kawałek dalej jest pusty plac. Cofanie, kręcenie kierownicą zajmuje mi czas, powtarzam sobie: cholera, jestem niemądry, tam jest tyle miejsca. Ale nie - postanowiłem i nie ma odwrotu.

Potrzebuję nerwów, które sam sobie organizuję, bo generalnie się nie złoszczę. Nawet kiedy mój przyjaciel, z którym umawiam się na tenisa na godz. 11, nie przyjeżdża w porę. Inni koledzy się denerwują, a ja mówię: dajcie spokój, zaraz będzie. Widocznie nie zorganizował wszystkiego, jak należy, i ja to przyjmuję.

I z takim podejściem zniósł pan ten czas, kiedy pana syn zginął 11 września w zamachu na World Trade Center?

- Człowiek bardzo często jest bezsilny wobec tego, co się dzieje. Przyjmuję to, bo nie da się nic zrobić. Wolałbym nie mówić o mojej tragedii, powiem tylko, że sport mi pomógł, zajął mój czas.

Nieraz słyszałem i nie odrzucam tego, że mam złą cechę - brak empatii. Nie umiem współczuć, nie rozumiem, kiedy ktoś narzeka, że boli go noga czy kręgosłup. Jak boli, to tak musi być. Trzeba zrobić wszystko, żeby bolało mniej albo przetrzymać i poczekać, aż przestanie.

Jeżeli coś się stało, widocznie tak musiało być i trudno. Nie rozpaczam na zewnątrz, choć wewnątrz boli. Ale umiem przetłumaczyć sobie, że nie miałem na to wpływu.

Może dzięki temu nie zagryza się pan w sobie, tylko promienieje, wyznacza cele?

- Ciągle potrzebuję ruchu i wysiłku, dzięki temu jestem zdolny do ciągłego pokonywania trudności. Robię to dla siebie, ale i dla innych, bo będąc silnym i zdrowym, w każdej chwili mogę pomóc komuś innemu.

Jest pan ze skały?

- Pewnie tak, choć nigdy nie chciałbym znaleźć się w sytuacji, że jestem niewinny, a mimo to ktoś mnie osądza lub karze. To mogłoby być prawdziwym ciosem.

Gdy ostatnio byłem działaczem, robiłem wszystko, by w kolarstwie było lepiej, ale doszedłem do ściany, nic więcej nie byłem w stanie zrobić.

Niektórzy robią mi z tego powodu uwagi, że trzeba było to czy tamto.

Pan się poddał? Przecież to pan mówił, że każdy cel jest do osiągnięcia.

- Zaczynam dostrzegać bariery. Gdy szefowałem Polskiemu Związkowi Kolarskiemu, zdałem sobie sprawę, że dążąc do celu, musiałbym poświęcić nie tyle siebie, co innych. A tego nie chciałem. Poza tym mój wysiłek i czas były zupełnie niepotrzebne i stracone. A ja mam swoje lata i widzę, że niewiele czasu mi zostało.

Dlatego zamiast jeździć do urzędów i tam siedzieć, wsiadam na rower i również jestem w kolarstwie.

Skrzywdził pan kogoś w życiu?

- Pewnie tak. Ale nigdy nie było to zaplanowane. Wjechałem autem w kałużę i opryskałem przechodnia, więc go skrzywdziłem, choć nie zrobiłem tego celowo. Tyle, że to mnie boli, bo mogłem jechać środkiem jezdni lub wolniej.

W kolarstwie podczas walki czasem trzeba było użyć chwytów niedozwolonych, ale one są wpisane w ten sport. Mam wyrzuty sumienia, że doganiałem kogoś podczas wyścigu, nie pozwalałem komuś wygrać, mimo że sam też nie byłem pierwszy. Krzywdziłem rywala w ten sposób. Prawda?

Nie ma pan większych problemów?

- Nikomu nie zabrałem, nikomu nie jestem dłużny, nikomu nie zrobiłem większej krzywdy.

Ojciec powtarzał mi: z rodziną żyjemy dobrze, ale z sąsiadem musimy żyć najlepiej, bo z nim jesteśmy na co dzień.

Tego się trzymam, choć gdy gram w tenisa, lubię tak czasem zagrać komuś, że...

Jest pan szczęśliwy?

- Zastanawiam się, czy powiedzieć, że tak. Chciałbym, żeby szczęście było przy mnie zawsze. Ale tak nie było, co nie znaczy, że robię życiu wymówki. Niczego nie żałuję, po raz drugi nie będę miał 20 czy 50 lat, w niczym się nie poprawię.

Kiedy był pan z siebie najbardziej dumny?

- Podsumuję tylko część życia związaną ze sportem, bo zależała głównie, o ile nie wyłącznie, ode mnie. Gdy wsiadałem na rower, chciałem zostać kolarzem. Kiedy nim byłem, marzyłem o największych zawodach w Polsce i na świecie. Później już pomagali mi trenerzy, więc najbardziej jestem dumny z czasu od 16. do 22. roku życia. Wtedy sam pracowałem na swoje marzenia. I dopiąłem swego.

Kiedy postanowił pan, że wygra Wyścig Pokoju?

- Mając 19 lat. Że będę kolarzem, jest zapisane w dzienniku szkolnym, pod koniec siódmej klasy. Kierownik szkoły pytał wtedy wszystkich, kim będą. Powiedziałem mu, on zapisał, a później już tylko zbierałem pieniądze na pierwszą wyścigówkę, sporo dołożyła babcia.

Rozmawiał Przemysław Iwańczyk,

Nowy numer magazynu Tekst z magazynu „Tylko dla dorosłych”, edycja kwiecień 2012. Nowy numer magazynu już w empikach i dobrych kioskach

Ryszard Szurkowski - Najwybitniejszy polski kolarz, legenda Wyścigu Pokoju. W 1968 roku jako człowiek znikąd, który nie trenował wyczynowo kolarstwa, zakwalifikował się po rewelacyjnych badaniach wydolnościowych do kadry. Dwa lata później wygrał Wyścig Pokoju i powtarzał ten sukces w 1971, 1973 i 1975 roku. Na igrzyskach w Monachium i Montrealu wywalczył srebrne medale w drużynowym wyścigu, zdobył indywidualne oraz drużynowe mistrzostwo świata. Po zakończeniu kariery był parlamentarzystą (1985-89), trenerem, a także biznesmenem, działaczem, przez krótki czas szefem upadającego Polskiego Związku Kolarstwa. Mieszka w Warszawie.