Oni są uzależnieni od rowerów. Jakie mają objawy?

Samemu złożyć rower, od gołej ramy. Czasami taki, który pedały ma tam, gdzie zwykle jest siodełko. A potem pojechać: na ślub albo cmentarz choleryczny.

Przypadek 1: kierownica pod udami

Szymon Kurzacz, wiek: 29 lat. Objawy: od sześciu lat projektuje i konstruuje rowery poziome

Na spotkanie przyjeżdża autobusem. Dziwne. - Swoop 2 czeka na nowe części po drobnym wypadku - wyjaśnia.

Swoop 2 to piąta konstrukcja Szymona (nazwa pochodzi od motocykla antygrawitacyjnego z "Gwiezdnych wojen"). Rower poziomy jest zwykle dużo niższy i dłuższy od zwykłego, ma fotelik zamiast siodełka, a pedały są na szczycie ramy, tam, gdzie zwykle jest kierownica. Ta z kolei może być usytuowana np. pod udami rowerzysty. - Od dawna poruszam się na rowerze. W 2005 r. zacząłem jeździć na Velotaksówce, rikszy o konstrukcji poziomej. Ciężkie bydlę, 180 kg waży na pusto. Przejechałem nią kilka tysięcy kilometrów, wożąc ludzi po Trakcie Królewskim - opowiada.

Velotaksówki splajtowały, ale Szymon już się nie chciał przesiadać na rower pionowy. - Poziome są wygodniejsze, siodełko się nie wbija w tyłek. Pod Tamkę podjeżdża się bez wysiłku, bo inaczej przenosi się energia - wyjaśnia. - To tak jak z pchaniem szafy: jeśli spróbujemy normalnie, szafa ani drgnie, uda nam się dopiero, kiedy oprzemy się plecami o ścianę i pchniemy nogami. Na rowerze poziomym cała siła idzie w pedały, a jest tak duża, że rowerzysta może złamać kolana. Jest też trochę niebezpiecznie na ulicach, bo ma się głowę na wysokości kierowców.

Ponieważ ceny nawet najprostszych modeli są dość wygórowane - od 2,5 do 10 tys. zł, Szymon postanowił sam zrobić sobie rower. - Jeśli damy komuś do zespawania stalową ramę, kupimy w hipermarkecie rower - "dawcę" części, to z robocizną i malowaniem wychodzi 700 zł - wylicza. - A jeżeli mamy spawarkę i kilka sztab metalu, to koszt jest kwestią zużytego prądu. No i łańcuch musi być dwukrotnie dłuższy, więc trzeba kupić dwa.

"Poziomkowców", jak mówią o sobie, jest w Warszawie blisko 30.

Przypadek 2: po co jechać do Tłuszcza

Marcin Kowarzyk i Piotr Todys, wiek: 33 i 46 lat. Objawy: co tydzień objeżdżają na rowerach mazowieckie lasy, miasta, wsie i wyszukują zapomniane miejsca, dziwne budowle. Dokumentując wszystko w blogu, stworzyli nietypowy przewodnik "Nieoczywiste wycieczki rowerowe po Warszawie i okolicach" (www.wycieczki-rowerowe.blogspot.com).

„Mur dla wielu jest barierą skutecznie zniechęcającą do wejścia na teren Wyścigów. (...) Wjeżdżamy przez boczną furtkę i mamy wrażenie znalezienia się w innym świecie. Prawie 140 ha schowanych niemal w centrum miasta. Mieszanina parku, gospodarstwa rolnego, sportu i hazardu. Jesteśmy w enklawie, ni to miasteczku, ni wsi” - czytamy w blogu. Teksty pisze Piotr, pracownik organizacji pozarządowej TUS, która zajmuje się aktywizacją społeczną i zawodową osób niepełnosprawnych. Fotografuje Marcin, twórca stron internetowych. Poznali się 11 lat temu jako narzeczeni dwóch sióstr. Teraz są szwagrami.

- Kilka lat temu przypomniałem sobie, jak lubiłem w dzieciństwie jeździć i kupiłem rower, żeby dojeżdżać do pracy. Potem stwierdziłem, że można by przy okazji zobaczyć coś ciekawego. Piotrkowi spodobał się pomysł i zaczęliśmy robić wycieczki - opowiada Marcin. - W internecie jest mnóstwo tras, ale takich od punktu A do punktu B. To nas nie kręci.

Kręci ich to, co za murem. - Osiedle na torze Wyścigów to było odkrycie. Wygląda tam trochę jak na angielskiej wsi. Na szczytach stajni są mieszkania dla dżokejów, trenerów, obsługi technicznej, szpital dla koni - wylicza Piotr. - Jest w tym wszystkim akcent schyłkowy, wszystko się sypie. Często, jeżdżąc po Warszawie, mam poczucie, że dotykamy schyłku. O stare rzeczy nikt nie dba.

Marcin: - Nasze wycieczki są nieoczywiste, bo wybieramy miejsca na zasadzie przypadku. Bloga zaczęliśmy prowadzić, żebyśmy sami pamiętali, gdzie byliśmy.

Odkrywają niesamowite rzeczy. Np. na Okęciu, obok XIX-wiecznego fortu zbudowanego przez Rosjan, znaleźli cmentarz, 400 m w prostej linii od Al. Krakowskiej. - To cmentarz wojenny, potem wykupił go jakiś proboszcz - opowiada Piotr. - Są groby lotników i stanowiska na urny. Trafiliśmy też na opuszczony budynek dawnego kina Lotnik.

Nieoczywiste znaczy także: z pozoru nieatrakcyjne. - Ktoś nas kiedyś spytał, po co jechać do Tłuszcza? - śmieją się. - Po to, żeby zobaczyć Tłuszcz.

Przypadek 3: skuwacz i dziewczyny w sukienkach

Zosia Nawrocka , wiek: 26 lat. Objawy: rozkręciła warsztaty naprawy rowerów dla kobiet "Zębatka", teraz m.in. uczy na telefon, tzn. przyjeżdża i pokazuje, jak coś zreperować

- Ostatnio spotkałam się z dziewczyną pod jedną z warszawskich kawiarni. Od tygodnia stał tam jej rower. Spadł łańcuch i ona nie mogła sobie z tym poradzić, bo to był miejski rower z pełną obudową. Okazało się, że łańcuch był za długi, podeszłyśmy do warsztatu, żeby pożyczyć skuwacz. Dwie dziewczyny w sukienkach! - śmieje się Zosia. - Nie jestem wymiataczką i osobom, które mnie proszą o pomoc, od razu to mówię. Nie obczajam też tzw. rynku rowerowego, nie powiem, jakiej firmy części są najlepsze. Jak czegoś potrzebuję, szukam informacji w internecie albo idę do warsztatu i pytam. A jak czegoś nie wiem, wpisuję w YouTube po angielsku "Jak naprawić" i pojawia się filmik z panem, który mówi: "Cześć, jestem Mike i pokażę ci jak". Zawsze jest to pan.

Kiedy dwa lata temu wymyśliła "Zębatkę", postanowiła, że warsztaty będą prowadzić głównie kobiety. - Chciałam uniknąć sytuacji, że prowadzący będzie mówił: "Włóż śrubeczkę, kochanie" - mówiła wtedy. Sama się uczyła, m.in. w zaprzyjaźnionych warsztatach rowerowych, a potem przekazywała tę wiedzę uczestniczkom. Zaczęła kręcić filmy instruktażowe. Na razie powstały dwa: o łataniu dętki w rowerach sportowym i miejskim.

- Ostatnio ktoś skomentował, że gdyby on tak długo zmieniał dętkę na zawodach MTB, nigdy by nie dojechał do mety, a w ogóle to słyszał raz, jak jedna dziewczyna pyta drugiej: "A dętka to jest to na zewnątrz czy w środku?" - wzdycha Zosia. - Ale do "Zębatki" przychodzi też sporo zgłoszeń od facetów, że chcieliby się nauczyć podstawowych napraw. Więc teraz prowadzimy też warsztaty koedukacyjne.

W Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych obroniła pracę magisterską o przemocy seksualnej. Niedawno znalazła dla niej wydawcę. Pracuje w kawiarni. Trenuje ultimate frisbee, czyli dyscyplinę opartą na zasadach futbolu amerykańskiego i koszykówki.

Szymon: z "poziomów" nie wyżyję

Z rowerów poziomych nie da się wyżyć - twierdzi Szymon Kurzacz.

Pierwszy Swoop powstał w Ożarowie Mazowieckim w garażu rodziców Szymona. Potem był Goldi dla znajomego, następnie eksperymentalny X3 Trike, czyli poziomy rower trójkołowy. - Niestety, źle obliczyłem kąty przy zwrotnicach kół i siła odśrodkowa zdejmowała opony. Rower poszedł na żyletki - wspomina. Były jeszcze Reedds i Zielony konik (według wskazówek Szymona zrobił go kolega), wreszcie Swoop 2. Każdy rower to prototyp. Najpierw powstawały na papierze. Wykonanie zajmuje cztery dni ze schnięciem farby włącznie. Pół biedy z ramami stalowymi, ale przerzucił się na te z aluminium klejonego kompozytami. - Metal owinięty włóknem szklanym lub węglowym nasącza się żywicą za pomocą pędzelka. Całą ramę trzeba zrobić na raz, żeby poszczególne warstwy dobrze się związały - instruuje. - To śmierdząca i żmudna robota, ale waga roweru z aluminium jest o połowę mniejsza niż stalowego.

Twierdzi, że jazdy "poziomem" można się nauczyć prawie od razu. Porusza się głównie po mieście, ale zrobił też parę wycieczek, np. na Grunwald w rocznicę słynnej bitwy, 180 km w jedną stronę. Całe plecy miał obite. Od tamtej pory zakłada gąbkę na foteliki. Pojechał też na ślub koleżanki do Nasielska z garniturem w plecaku.

Kończy studia na Akademii Pedagogiki Specjalnej. Za chwilę musi odebrać z przedszkola jedną ze swoich podopiecznych, pięcioletnią dziewczynkę chorą na zespół Retta. - Jest na etapie rozwoju czteromiesięcznego dziecka. Leży i patrzy w sufit. Pracuję nad tym, by zaczęła obracać się przez łokieć i żeby wprowadzić proste formy komunikacji, np. mrugnij, jeśli chcesz jeść - mówi Szymon. - Z poziomych rowerów się raczej nie wyżyje. Od września wysyłam CV, a zaprosili mnie na trzy rozmowy. A zarabiać trzeba, bo żona jest w ciąży, spłacamy kredyt.

Jest cienko, ale Szymon wciąż obmyśla w głowie nowe poziome konstrukcje, m.in. trójkołowy rower transportowy.

Zosia: chcę być niezależna

- Kobiety mają przekonanie: narzędzia to coś nie dla mnie, tylko dla mojego kolegi. Sama tak mam, to kwestia tego, jak jesteśmy wychowywane - uważa Zosia. - Ale sama złożyłam sobie rower, od gołej ramy. Zaplotłam koła, czyli połączyłam w jedno obręcz, piastę, szprychy i nyple. Ta dziewczyna, która sama skuła łańcuch w swoim rowerze, była szczęśliwa!

Zosia od zawsze przemieszcza się po mieście na dwóch kółkach. Zimą też. Postanowiła nauczyć się reperować rowery, żeby być niezależna i nie oddawać swojego podstawowego środka transportu do serwisu. Chodzi w tym też o postawę "zrób to sam(a)". Pierwsze warsztaty prowadziły z nią m.in. Julia i Agata, obie antropolożki, Natalia, która ma internetowy sklep rowerowy, oraz Paula, organizatorka wypraw rowerowych. Pomagał też Marek, były triatlonista. Przez całą wiosnę, co sobotę, na podwórku przed ówczesną siedzibą Centry na Muranowie dziewczyny uczyły za darmo, jak naprawiać hamulce, przerzutki. Teraz prowadzą zajęcia nieregularnie, na imprezach rowerowych albo w parkach. Mają zaproszenia m.in. na czerwcowy targ rowerowy na Pradze i festiwal Streetwaves w Trójmieście. Przeszkoliły już blisko 200 kobiet.

- Niestety, jeśli chcę pozostać przy formule warsztatów, które są niezależne od dotacji publicznych, nie mogę poświęcać im aż tyle czasu, bo muszę zarabiać. Na początku ubiegałam się o granty i słyszałam np., że "Zębatka" dyskryminuje mężczyzn - wspomina Zosia. - Fajnie by było mieć stały garaż, ale jeżdżenie ze skrzynką narzędzi też się sprawdza. Teraz marzy mi się pracownia komputerowo-rowerowa, żeby można było przyjść, skorzystać z narzędzi, sprawdzić w internecie, jak coś naprawić.

Marcin i Piotr: z roweru widać więcej

Trasy nieoczywistych wycieczek Marcina i Piotra zawsze mają powyżej 30 km i wiodą a to przez Olszynkę Grochowską, a to przez Górę Kalwarię, Zielonkę, Ząbki, Gassy, Otwock, Konstancin. Czasami podjeżdżają gdzieś kolejką, np. do Sochaczewa, gdzie podążali (już na dwóch kółkach) śladem Olendrów. Czyli Holendrów, którzy przybywali na Mazowsze w XVII w. "To oni sadzili wierzby, by osuszać podmokłe tereny. Tak więc może Chopin tworzył nieco niderlandzką muzykę?" - zastanawia się Piotr w relacji z tej wyprawy.

Między nasypami kolejowymi na granicy Nowej Pragi, Golędzinowa i Bródna wciąż poszukują cmentarza cholerycznego. Pod Karczewem trochę kiedyś pobłądzili. - Nagle pośrodku lasu trafiamy na drewniany domek, knajpę, jak się okazało, i właściciela, który rąbie drewno. Mówi, żebyśmy mieli ciągle słońce z tyłu po prawej stronie, to trafimy na drogę. I trafiliśmy - wspominają.

Mieszkają na Grochowie. - Ja się tu wychowałem, po 20 latach wróciłem. Tu, gdzie siedzimy [skwerek przed zabytkowym Instytutem Weterynaryjnym, obecnie siedziba Sinfonii Varsovii], w XIX w. był targ koński - opowiada Piotr.

Skwerek do niedawna porastały chaszcze, teraz są tu alejki, ławeczki, plac zabaw, fontanna i grille. - W weekendy całymi rodzinami grillują tu Cyganie, bardzo fajna atmosfera - mówią.

Piotr: - Warszawa jest ciekawsza, niż wygląda. Ale odkrywa się to dopiero z perspektywy roweru. Ludzie wsiadają w samochód, autobus, metro i jadą, niczego przy tym nie oglądając. Zarabiają, robią kariery i dobrze, w końcu to stolica. Ale mogliby się trochę zainteresować miastem, w którym żyją. My tydzień w tydzień odkrywamy coś nowego, mimo że obaj jesteśmy warszawiakami. Świat jest pełen niespodzianek, tylko trzeba wsiąść na rower.

Artykuł pochodzi z warszawskiego wydania Gazety.