Polska wsiadła na rowery. Ale jeszcze nie wiemy, jak bardzo

13.04.2012 11:12
Najbliższy weekend w Warszawie będzie należał do Cyklistów.

Najbliższy weekend w Warszawie będzie należał do Cyklistów. (criticalmass.hu)

20 marca, w dniu, który wcale nie był najpiękniejszym dniem nie do końca jeszcze wyklutej wiosny, przez stację mierzącą natężenie ruchu rowerowego przy ulicy Powstańców Śląskich we Wrocławiu przejechało ponad 1000 rowerzystów. To - jak czytamy w serwisie polskanarowery.pl - 30 razy więcej niż w przeciętny dzień w lutym.

To oznacza, że jeszcze zanim rozpoczął się „twardy” sezon rowerowy, liczba rowerzystów zwiększyła się dramatycznie. Ale w liczeniu wyszło jeszcze coś innego: po jednej wrocławskiej ulicy przy dwudziestostopniowych mrozach jeździło 30 rowerzystów dziennie. Do liczb notowanych przy podobnych warunkach w Szwecji, Finlandii czy Niemczech, jeszcze trochę nam brakuje, ale - jeśli tylko stacje pomiarowe, takie jak te we Wrocławiu, czy Łodzi, będą działać nadal, idę o zakład, że w kolejnych latach dystans do zachodnich czy północnych miast będzie się zmniejszał.

Licznik rowerowy w Łodzi. Połowa stycznia 2012 roku, -5 stopni Celsjusza.

Dystans ten zmniejsza się zresztą cały czas. Do tej pory nie miałem na to twardych dowodów, ale - jako rowerzysta całoroczny od niemal dwudziestu sezonów, z roku na rok z rosnącym zadowoleniem witam nowych rowerzystów i nowe rowerzystki. W przeciwieństwie do użytkowników samochodów, czy komunikacji miejskiej, którzy raczej niechętnie przyglądają się wzrostowi popularności wybranych przez siebie środków transportu, my, cykliści, nie tylko cieszymy się. My pragniemy, by było nas więcej i więcej.

No dobra - są pewne niedogodności. Czasem robi się tłok na światłach, czasem trudno bezpiecznie minąć się z niedzielnym rowerzystą na postkomunijnym rowerze, czasem - o zgrozo - miejsce w jednym skromnym stojaczku rowerowym koło zakładu pracy zajęła jakaś nieskalana zimową rdzą fura prosto z marketu. Ale nie oszukujmy się - te drobne niedogodności są niczym wobec licznych korzyści.

Bezpieczna droga to droga pełna rowerów. /fot. Rafał Muszczynko

Po pierwsze - im nas więcej, tym jesteśmy bezpieczniejsi. To nie żadne czary-mary. To czysta statystyka. Zwiększeniu liczby rowerzystów na ulicach nie towarzyszy proporcjonalny wzrost liczby wypadków ich udziałem. Kiedy rowerzystów jest więcej, są lepiej widoczni, w większym stopniu postrzegani jako równouprawnieni użytkownicy dróg oraz - co nie najmniej ważne - spodziewani. Co musi przekładać się pozytywnie na bezpieczeństwo.

Rower napędza lokalną gospodarkę. /fot. Rafał Muszczynko

Po drugie - im nas więcej, tym bardziej nam się to opłaca. Nie, nie chodzi tylko o to, że nie musimy płacić za benzynę. Tym razem chodzi o zysk całego społeczeństwa. Rowerzyści bowiem - mimo iż wyglądają na samotników, umocowani samotnie na samotniczych siodełkach swoich rowerów - są często stworzeniami dość altruistycznymi i zależy im na ogólnym wzroście dobrobytu. A ten - znów - znajduje potwierdzenie w danych. Rowerzyści są motorem lokalnej gospodarki. Takiej bardzo lokalnej - składającej się z małych sklepów i punktów usługowych. Rowerzyści nie tylko częściej od osób poruszających się samochodami, robią zakupy w bliskiej okolicy, ale również - jeśli tylko ich jazda na rowerze wiąże się ze zmniejszeniem wydatków na samochód - zostaje im w kieszeniach więcej pieniędzy do wydania na różne towary i usługi (a nie tylko na produkty ropopochodne, co oczywiście również napędza gospodarkę, ale częściej tę nad Zatoką Perską niż tę za rogiem). Odejmijmy od tych zysków to, co oszczędzimy na zwalczaniu zanieczyszczeń powietrza, ochronie zdrowia, kompensacji strat wywołanych czasową lub stałą niezdolnością do pracy ofiar wypadków komunikacyjnych, budowie miejsc parkingowych i kosztach stania w korku. Dodajmy wreszcie korzyści społeczne płynące z faktu, że zwiększony udział rowerów w ruchu to bardziej zintegrowana lokalna społeczność. I tak dalej.

Im nas więcej tym bardziej jesteśmy dostrzegani z naszymi potrzebami.

Po trzecie - im nas więcej, tym jesteśmy silniejsi. Wszyscy, którzy choć trochę śledzą wieloletnie boje organizacji rowerowych o infrastrukturę rowerową, znają ten jeden, występujący w różnych zabawnych wersjach, argument: „nie będziemy budować ścieżek rowerowych, gdyż u nas nie ma kultury rowerowej”. Ten argument oczywiście nie ma sensu. Jednak urzędnikom często nie da się wytłumaczyć, że najpierw kupujemy pole, a potem sadzimy na nim kapustę, a nie na odwrót. Dlatego - jeśli nie ma innego wyjścia - trzeba im tę kapustę przywieźć. Chcecie kultury rowerowej? Proszę bardzo! Oczywiście rozumiem argumenty tych, którzy - patrząc na kulturę jazdy części kierowców w polskich miastach - nie dają się namówić na bycie (siekaną) kapustą i przesiadkę na rower uzależniają od pojawienia się gęstej sieci dróg rowerowych. Z drugiej jednak strony - hej! - wróćcie do punktu pierwszego! Im nas więcej, tym jesteśmy bezpieczniejsi. Im nas więcej, tym więcej znaczymy.

Po czwarte - im nas więcej, tym przyjemniej. Tu już nie mam twardych danych - posługuję się raczej doświadczeniem. I mocną - zdecydowanie światopoglądową - tezą o tym, że od jazdy rowerem przyjemniejsza może być jedynie jazda rowerem w miłym towarzystwie. Prawda jest taka, że kolarstwo jest sportem zespołowym. Bez względu na to, czy w grę wchodzi bezlitosna walka w profesjonalnym peletonie na którymś z wielkich tourów, czy wycieczka za miasto, czy zwykły miejski przejazd z punktu A do punktu B - grupa (choćby dwuosobowa) jedzie lepiej. Podejrzewam, że w grę wchodzi jakiś nie do końca zbadany koktajl adrenaliny z endorfiną. Kiedy jedziemy z innym rowerzystą czy rowerzystką, z jednej strony coś pcha nas w kierunku współzawodnictwa, z drugiej zaś - narasta w nas dobre samopoczucie. A skoro już upakowałem w jeden akapit tak wiele absolutnie nie potwierdzonych naukowo twierdzeń, dodam na koniec jeszcze jedno - poziom tego dobrego samopoczucia jest wprost proporcjonalny do liczby rowerzystów.

Jest jeszcze „po piąte” będące napędem i przyszłością wszystkich pozostałych punktów. Im nas więcej, tym będzie nas więcej. Bowiem to nie reklamy, nie akcje społeczne, nie ulotki, plakaty, obniżki ani nawet nie dwie minuty w głównym wydaniu telewizyjnego dziennika przyczyniają się do wzrostu liczby rowerzystów i rowerzystek na ulicach naszych miast, a ci, którzy już jeżdżą i dają dobre świadectwo, pokazują, że może to być bezpieczne, opłacalne, przyjemne i dające siłę.

Dlatego zadanie, które nas czeka w najbliższym czasie to nie tylko pedałowanie i szukanie dogodnego stojaka, ale również liczenie się. Tak - musimy się policzyć. Musimy sprawdzić, czy rzeczywiście jest nas coraz więcej, zmierzyć, gdzie może nas jeszcze przybyć, sprawdzić, czy nikogo nie brakuje.

Oczywiście najłatwiej mają mieszkańcy Wrocławia i Łodzi, gdzie (między innymi dzięki aktywności tamtejszych oficerów rowerowych - Daniela Chojnackiego i Witolda Kopcia) rowerzystów liczą maszyny. Ale choć twarde dane, wykresy i tabele są potrzebne i mają szansę zrobić naprawdę niezłą robotę, nie popadajmy w zniechęcenie, jeśli nie mieszkamy w jednym z tych dwóch miast. Liczenie nie musi odbywać się za pomocą pętli indukcyjnej. Mało tego - nie musi nawet kończyć się wpisaniem konkretnej liczby do jakiegoś mniej lub bardziej skomplikowanego formularza.

Wielkie Ogólnopolskie Liczenie Cyklistów 2012 - tak jak je rozumiem na potrzeby tego tekstu i mojego wzrastającego entuzjazmu - to jeden z setek możliwych do wyobrażenia procesów, w trakcie którego coś się dzieje z rowerzystami, rowerzystkami i ich rowerami, a na końcu towarzyszy nam poczucie wzrastającego bezpieczeństwa, radości, siły czy przyłożenia się do społecznego i ekonomicznego wzrostu.

Może więc być to:

Zabranie rodziny na wycieczkę lub wspólne dojazdy to świetny sposób na lepsze relacje w domu.

- Namówienie kolegi lub koleżanki na wspólne dojeżdżanie do pracy rowerem (jako argument służyć mogą wysokie ceny benzyny, rosnące zakorkowanie miast lub coś bardziej osobistego).

- Uporczywe dowożenie dziecka rowerem do przedszkola (lub towarzyszenie mu w dojeździe rowerem do szkoły), aż dyrekcja zdecyduje się postawić stojak przed wejściem, a po chwili nie będziecie mieli miejsca w tym stojaku.

- Zakupienie rowerowego koszyka i wożenie w nim codziennych zakupów (ze szczególnym uwzględnieniem natki pietruszki, pora, bagietki i bukietu 67 róż). Liczenie w tym przypadku będzie polegało na liczeniu poruszających się po okolicznych ulicach w umiarkowanym tempie kolorowych plam o zapachu ogólnospożywczym.

- Spięciu eleganckich spodni starą mocną klamerką do suszenia bielizny i częstym bywaniu w teatrze, operze, filharmonii i muzeum. Należy zachowywać bilety wstępu i na każdym zaznaczać ołówkiem liczbę analogicznych klamerek przy spodniach innych widzów czy słuchaczy.

Niezobowiązująca wycieczka rowerowa to sposób nie tylko na poznanie wspaniałych ludzi, ale też na zachęcenie nowych osób do jazdy rowerem.

- Zorganizowanie (a właściwie - brak zorganizowania) pozbawionej większej reklamy (ale otwartej dla wszystkich) niezobowiązującej wycieczki rowerowej w jakieś niekoniecznie atrakcyjne miejsce w okolicy. Sukcesem tak rozumianego liczenia będzie większa od zera liczba niewidzianych nigdy wcześniej twarzy i rowerów.

- Wzięcie udziału w niezobowiązującej wycieczce rowerowej zorganizowanej przez kogoś innego, kogo nie znacie, ale kto - zapraszając na nią - będzie używał argumentów i haseł, które sami wymyśliliśmy organizując wycieczkę z poprzedniego punktu.

- Niewzięcie udziału w takiej wycieczce ze względu na to, że bierze się udział w jednej z pięciu innych, podobnych wycieczek, w równie niekoniecznie atrakcyjne miejsca, z równie rosnącym poczuciem, że to bardzo dobry pomysł.

- Jakiekolwiek inne działanie związane z rowerami, pozwalające z czystym sumieniem poinformować przy najbliższej okazji grupę znajomych, że z całą pewnością rok temu rowerzystów było mniej.

- Wysłuchanie podobnej opinii od kogoś, kto rok temu - dajecie sobie korbę urwać - w ogóle nie miał nic wspólnego z rowerami.

- Niewysłuchanie podobnej opinii od tego kogoś z tego względu, że on jednak jeździ nieco wolniej i został na światłach, podczas gdy wy stoicie już po drugiej stronie skrzyżowania, a rozdziela was ściana rowerzystów jadących w dwóch kierunkach ulicą poprzeczną.

Nasze rachunki z pewnością nie zsumują się do 38 milionów. Ale jeśli choć odrobinę drgną w kierunku tej liczby, z chęcią uznam je za poprawne.

Konrad Olgierd Muter

Przyłącz się wirtualnie do akcji POLSKA NA ROWERY - załóż i pisz bloga!
Komentarze (7)
Polska wsiadła na rowery. Ale jeszcze nie wiemy, jak bardzo
Zaloguj się
  • gom1

    Oceniono 35 razy 31

    Razu pewnego do najstarszego i najbardziej szanowanego mistrza Zen przyjechało na rowerach trzech uczniów. Mistrz zaraz spytał jednego z nich:
    - Po co jeździsz na rowerze? - Ów odpowiedział:
    - Jeżdżę na rowerze, aby zużywać mniej energii i chronić środowisko przed efektem cieplarnianym.
    - Bardzo chwalebnie! - rzekł na to mistrz - Musisz mieć wielkie serce.
    - A ty - zwrócił się do drugiego ucznia - dlaczego jeździsz na rowerze?
    - Ja - odparł drugi - jeżdżę, aby zażywać ruchu i świeżego powietrza.
    - Niewątpliwie będziesz się cieszyć długim życiem w zdrowiu! - odpowiedział mistrz.
    - A ty - zapytał wreszcie trzeciego ucznia - czym jest rower dla ciebie?
    - Ja - powiedział trzeci - jeżdżę na rowerze, aby jeździć na rowerze.
    Mistrz skłonił mu się nisko i poprosił:
    - Pragnę zostać twoim uczniem.

    Lan Tzu Ch' "Zapiski na kółku od przerzutki"

  • lopin70

    0

    problem jest poważny, nie dźwignę swojego roweru.
    ale,serce rośnie !
    jest nas więcej

  • Gość: ja

    Oceniono 2 razy 0

    Ciekawe, czy ten, który twierdził, że takie rowerzyści jeżdżą w tę i nazad, żeby dać się liczyć po kilka razy, też się tu objawi:P:P

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX