Zupełnie niepotrzebne wynalazki rowerowe: Kamizelko-prędkościomierz

Producenci gadżetów korzystają pełną parą z utrwalonych w społeczeństwie mitów jakoby jazda rowerem była niebezpieczna i wymagała jakiś zabiegów w celu poprawy tego stanu rzeczy. Tym razem wymyślili kamizelko-licznik.

Sensu tego urządzenia próżno szukać w bezpieczeństwie. Kamizelka pokazująca aktualną prędkość nie dość, że musi mieć mniej odblasków niż typowa kamizelka (inaczej nie byłoby widać prędkości), to jeszcze może rozpraszać osoby jadące za rowerzystą i tym samym powodować zagrożenie.

Także dla rowerzysty gadżet jest totalnie bezużyteczny. Bo niby jak podczas jazdy rowerzysta miałby odczytać prędkość swojego jednośladu? Za pomocą zmyślnego, kieszonkowego urządzenia składającego się z peryskopu i zestawu luster?

Sensownym wytłumaczeniem istnienia gadżetu nie może być też zwykły lans. Bo żeby rowerzysta mógł się pochwalić przed gawiedzią swoją prędkością jazdy, musiałby jechać na tyle wolno, by ktoś był w stanie ją odczytać. A wyniki na poziomie 10km/h raczej na nikim nie zrobią wrażenia. W dodatku najszybszymi rowerami są rowery poziome, a na tych rowerzysta w trakcie jazdy leży na foteliku, przez który wyniku i tak nie będzie widać.

Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy dla istnienia tego wynalazku, to chęć ograniczenia ilości rowerzystów jeżdżących za szybko. Czyżby wynalazca przeczytał wywody naszego Trybunału Konstytucyjnego o tym, że pijani rowerzyści jeżdżą 70km/h? Poza tym jaki rowerzysta założy taki "kaganiec" z własnej woli?

Obawiam się też, że problem przekraczania dozwolonej prędkości leży w zupełnie innym miejscu.

Rafał Muszczynko