11 lat na rowerze. Jak umrzeć to tylko w drodze

Ma 75 lat i 145 tysięcy kilometrów na koncie. Janusz Strzelecki-Riverod 11 lat przemierza świat na rowerze. W niedzielę wyruszył w swoją najtrudniejszą podróż. Chce ją zakończyć na olimpiadzie w Rio de Janeiro w 2016 r.
- Nie wyobrażam sobie śmierci w łóżku czy przed telewizorem. Jak umrzeć to tylko w drodze - wygłasza swoje życiowe motto rowerzysta. - Dlatego znów wyruszam. Najpierw autobusem do Kaliningradu, tam wsiadam w samolot (Aerofłot zafundował mi bilet), lecę do Moskwy a stamtąd na Daleki Wschód, który przemierzam już rowerem: Chabarowsk, potem Sachalin i Kamczatka. Będę tam do października, potem zmykam przed zimą - z Władywostoku na pięć miesięcy lecę na Filipiny, objeżdżam je, w kwietniu wracam do Władywostoku i jadę przez Syberię, Irkuck aż na Ural, po drodze kolejną zimę spędzę w Indonezji, przecież przez śniegi nie będę jechał rowerem. Rosyjską podróż chcę zakończyć w Stalingradzie [dziś: Wołgograd, przyp.red.] dla uczczenia 68 rocznicy Pobiedy. Bo zawsze, w każdym kraju, który odwiedzam składam kwiaty w miejscach, gdzie toczyły się walki, chcę uczcić bohaterów, podziwiam małe kraje walczące o niepodległość. Moi rodzice zginęli w czasie II wojny, jestem więc pacyfistą. Sprzeciwiam się też światowej hegemonii USA, dlatego tego kraju nigdy bym nie odwiedził.

Janusz Strzelecki-River chce za to odwiedzić Koreę Północną. - Złożyłem już wszystkie wymagane papiery, mam więc nadzieję, że mój plan 3-miesięcznej rowerowej podróży po tym kraju się powiedzie. To wyprawa z okazji 100. urodzin koreańskiego wodza Kim Ir Sena - wyjaśnia rowerzysta.

Swą najtrudniejszą ekspedycję podróżnik chce zakończyć w Brazylii, w 2016 r. na olimpiadzie w Rio de Janeiro. - Będę miał wtedy 80 lat, tylko absolutnie proszę mnie nie nazywać emerytem! - zaznacza. - Ale zanim osiągnę metę, między 2013 a 2016 zaplanowałem jeszcze przejechanie Australii, Ameryki Południowej i Kanady, jeśli tylko będę jeszcze żyw - dodaje.

Janusz Strzelecki-River urodził się w Kaliszu, młodość spędził w Gdyni. Do dziś z sentymentem wspomina pierwszą miłość i wyznania na orłowskim klifie. W 1970 r. wyjechał na wycieczkę do Egiptu i. już nie wrócił. Osiadł we Włoszech (wtedy też przybrał nazwisko River bo Strzelecki był zbyt trudny do wymówienia dla obcokrajowców) i rozpoczął karierę impresaria. - Pracowałem w branży artystycznej i piłkarskiej. Moim największym sukcesem była "Frontiera", piosenka, którą śpiewał duet Halina Benedyk i Marco Antonelli, a ja napisałem słowa. W 1984 r. na festiwalu w Sopocie "Frontiera" zdobyła nagrodę publiczności - wspomina z dumą.

Z estrady na rower przesiadł się w sylwestra 1999 r. - Miałem dość życia w dobrych warunkach, zapragnąłem zmiany. Za 100 dolarów kupiłem używany rower, dzień później wypłynąłem promem na Wyspy Kanaryjskie. W dwa lata objechałem Europę - jako dzienny budżet wyznaczyłem sobie 5 dolarów. Potem dotarłem na Kubę, do Ameryki Środkowej i Meksyku - opowiada River. - Po kilku miesiącach podróżowania zawsze robię sobie ok. 2-miesięczną przerwę, jeśli tylko mogę wypoczywam nad Bałtykiem, w moim ukochanym Orłowie. Teraz miałem wakacje po wyprawie azjatyckiej - od 2009 r. zjechałem Singapur, Malezję, Myanmar, czyli dawną Birmę, Kambodżę, Laos i Wietnam.

River trzyma się kilku stałych zasad: - Śpię pod gołym niebem, tylko w śpiworze. No chyba, że pada - wtedy szukam schronienia. Najlepiej się śpi w lesie, w ruinach świątyń i na cmentarzu - tam najbezpieczniej bo ludzie na całym świecie boją się chodzić w nocy na cmentarz - śmieje się podróżnik. - Kolejna reguła: nigdy nie kupuję żywności w supermarketach, jem tylko dania lokalnej kuchni, piję wodę, którą piją najbiedniejsi - ze studni, rzeki czy deszczówkę, unikam dużych miast i szlaków turystycznych - liczy się przyroda, cisza i spokój. Podróżuję samotnie, moim jedynym towarzyszem jest malutkie radio, z którego słucham muzyki danego kraju. Ograniczam wydatki do minimum - w krajach Azji wydaję dziennie 3 dolary. Nie jest to trudne bo właściwie wszędzie jestem goszczony. Cały czas pomaga mi MSZ, które informuje ambasady wszystkich odwiedzanych przeze mnie krajów o moim przyjeździe prosząc o pomoc w podróży. Czuję się więc obywatelem świata: w państwach muzułmańskich modlę się w meczetach, w Indiach - w świątyniach hinduistycznych. I jeszcze jedno - nie używam żadnych leków, choruję rzadko a wtedy stosuję tylko naturalne środki: zioła, znachorzy itp. I jak widać - to działa - dodaje ze śmiechem