Weekend na rowerze. Jura Krakowsko-Częstochowska - ostańce, ruiny i pstrąg

Kamieniste drogi, ostre zjazdy i podjazdy sprawiają, że 30-kilometrowa wycieczka zabiera dużo więcej czasu niż na nizinach
Wycieczka rowerowa po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej wymaga dobrej kondycji i sprawnego roweru. Warto jednak zmierzyć się z tutejszymi drogami i bezdrożami, by zobaczyć wapienne ostańce, zamki wtopione w skały, stare kościoły i pałace, podziwiać unikatowe piękno przyrody tego regionu. Dzięki centralnemu położeniu Jury dojazd na miejsce nie jest uciążliwy i nie zabiera wiele czasu, a gęsta sieć szlaków rowerowych, pieszych i konnych ułatwi zaplanowanie weekendu. Od początku sprzyjało nam szczęście, bo udało się zarezerwować duży pokój z łazienką (30 zł od osoby) tuż pod zamkiem w Bobolicach.

***

Warownię, jak większość zamków jurajskich, wzniesiono w XIV w. za panowania Kazimierza Wielkiego. W okresie rządów Jagiellonów Bobolice przeszły w ręce prywatne i nie zostały upaństwowione nawet w czasach PRL. Zamek uległ dewastacji w czasie potopu szwedzkiego, a potem systematycznie popadał w ruinę. Od kilku lat odbudowują go nowi właściciele - plany mają imponujące, ale na razie warownię otaczają rusztowania (zwiedzanie tylko w weekendy, wstęp wolny), a wnętrze przypomina plac budowy. Najładniejszą panoramę zamku zobaczyliśmy po 10-minutowym spacerze czerwonym szlakiem w kierunku Mirowa z punktu widokowego na przeciwległym stoku.

Sobota była ciepła i słoneczna, toteż bezzwłocznie wyruszyliśmy w drogę. Na pierwszy dzień nie planowaliśmy zbyt forsownej trasy. Kamieniste drogi i duże różnice poziomów sprawiają, że 30-kilometrowa wyprawa zabiera nawet dwa razy więcej czasu niż podobnej długości odcinek na nizinach.

Tylko 2 km dzielą zamek w Bobolicach od bliźniaczej warowni w Mirowie. Ta druga miejscowość jest lepiej zagospodarowana pod względem turystycznym - są tu knajpki i sklepy, ale i przyjezdnych znacznie więcej. Zamek Mirowski kupili ci sami inwestorzy, którzy weszli w posiadanie Bobolic. Planowana jest odbudowa, na razie prowadzone są prace archeologiczne i zabezpieczające. Warownię można więc obejrzeć tylko zza płotu.

Najpierw (krótko) asfaltem, potem bitą drogą ruszamy w kierunku Łutowca - niewielkiej, ładnie położonej miejscowości otoczonej ostańcami. Przewodniki podają, że wśród skał znajdują się ruiny strażnicy. Okazuje się, że to zaledwie kilka cegieł, które bardzo trudno wypatrzyć.

Z Łutowca ruszamy niebieskim szlakiem przez rozległe lasy. Piaszczyste podłoże spowalnia i utrudnia jazdę, więc do strażnicy w Przewodziszowicach docieramy porządnie zmęczeni. Tutaj ruiny na samotnej i stromej skale wyglądają imponująco. Może niedostępność miejsca zadecydowała, że resztki budowli obronnej zachowały się do naszych czasów, a nie znikły jak w Łutowcu? Strażnicę zbudowano prawdopodobnie w XIV w. W XV w. właścicielem Przewodziszowic został Mikołaj Kornicz zwany Siestrzeńcem, rycerz-rabuś, który przez lata bezkarnie łupił okolicznych możnych i przejeżdżających tędy bogatych kupców. Legenda mówi, że zrabowane dobra poukrywał w niedostępnych skalnych szczelinach lub w zamkowej studni.

Spod ruin leśną drogą docieramy do Leśniowa (obecnie dzielnica Żarek), gdzie znajduje się sanktuarium maryjne od 1706 r. należące do zakonu paulinów. Historia kultu Matki Bożej Leśniowskiej sięga drugiej połowy XIV w. Wtedy to książę Władysław Opolczyk, wiozący z Rusi do Częstochowy obraz Czarnej Madonny, zatrzymał się w okolicach Leśniowa zmożony pragnieniem. Nie mogąc nigdzie znaleźć wody pitnej, pogrążył się w modlitwie. Jego błagania zostały wysłuchane - spod ziemi trysnęło źródełko (daje początek potokowi Leśniówka). Wdzięczny książę zostawił w kaplicy przy źródle drewnianą gotycką figurkę Matki Boskiej, która do dzisiaj stoi na głównym ołtarzu sanktuarium.

***

Po krótkim postoju ruszamy do centrum Żarek. Po drodze, przy ul. Polnej, zwiedzamy założony w XVIII w. cmentarz żydowski, jeden z większych i lepiej zachowanych kirkutów na ziemiach polskich. Oglądamy też, ale tylko z zewnątrz (w środku trwa remont), dobrze zachowaną synagogę z 1870 r. oraz zaglądamy do XVII-wiecznego drewnianego kościółka św. Barbary. Obiad jemy w Karczmie Wiejskiej przy ul. Koziegłowskiej.

W drogę powrotną do Bobolic wyruszamy, trzymając się czarnego szlaku. Niełatwo go znaleźć (na starszych mapach może nie być zaznaczony) - pierwsze znaki zobaczymy na skraju miasteczka, tuż obok cmentarza. Początkowy odcinek drogi pokonujemy na wyczucie, gdyż oznakowanie jest nad wyraz oszczędne. Na szczęście ze wzgórz otaczających Żarki doskonale widać zamek w Mirowie, na który się kierujemy. Jeżeli mamy trochę więcej czasu i sił, warto nadłożyć 5-7 km i szosą nr 792 pojechać z Żarek w kierunku Kroczyc. Na pobliskim wzniesieniu (fragment kuesty górnojurajskiej) trafimy na malownicze ruiny XVII-wiecznego kościoła św. Stanisława. Zobaczymy też jeden z najładniejszych widoków na Jurze - rozległą panoramę pradoliny Warty.

Następnego dnia zaprawieni w pokonywaniu jurajskich wertepów zafundowaliśmy sobie znacznie dłuższą, 46-kilometrową wycieczkę. Początkowo trasa z Bobolic do Niegowej, a potem dalej do Mzurowa, prowadziła asfaltową, mało uczęszczaną szosą, prawie cały czas w dół. Dalej było trudniej. By dotrzeć do Gorzkowa, musieliśmy pokonać kamienistą, ostro pnącą się pod górę drogę. Wysiłek wynagrodził rozległy widok na pasmo ostańców zwanych Górami Gorzkowskimi.

Nie mieliśmy czasu, by do woli napawać się widokiem, dłuższy postój zrobiliśmy dopiero w położonym kilka kilometrów dalej Złotym Potoku. Tu warto obejrzeć pałac Raczyńskich i dworek Krasińskich, otoczone 40-hektarowym ogrodem. Na miejscu obecnego pałacu od XVI w. istniał dwór, prawdopodobnie obronny, zwany Zameczkiem. Dobra w Złotym Potoku stopniowo się zadłużały, a nieremontowany Zameczek popadał w ruinę - na początku XIX w. nie nadawał się już do zamieszkania. Kolejni właściciele wznieśli więc tuż obok w 1829 r. klasycystyczny dwór. Majątek w połowie XIX w. odkupił i podniósł z upadku generał Wincenty Krasiński. On też odbudował obecny pałac, a dworek przeznaczył dla swego syna Zygmunta, wielkiego poety epoki romantyzmu. To jemu zawdzięczamy nazewnictwo okolicznych ostańców, a także położonego u stóp pałacu stawu Irydion. Pobyt poety w Złotym Potoku w 1857 r. przerwała nagła śmierć najmłodszej córki Elżbiety. Po tej tragedii wyjechał na stałe do Paryża, gdzie dwa lata później zmarł. Majątek odziedziczyła jego córka Maria, żona hrabiego Edwarda Aleksandra Raczyńskiego. Rodzina Raczyńskich na początku XX w. przebudowała pałac, nadając mu dzisiejszy kształt. Po II wojnie światowej majątek upaństwowiono, a w pałacu przez wiele lat mieściła się szkoła. Obecnie jest w bardzo złym stanie technicznym i nie można go zwiedzać.

Lepszy los spotkał dwór Krasińskich, który starannie odnowiono i w 1968 r. przeznaczono na muzeum poety. Park, chociaż zaniedbany, może poszczycić się pięknym drzewostanem. Znajdziemy tu modrzew japoński, tulipanowiec amerykański, wiąz turkiestański, a obok pałacu rośnie co najmniej 300-letni dąb szypułkowy.

W dalszą drogę wyruszyliśmy czerwonym szlakiem poprowadzonym przez aleję klonową - jeden z najładniejszych traktów na Jurze. Warto go zobaczyć o każdej porze roku, ale największe wrażenie robi jesienią, przykryty baldachimem różnobarwnych liści.

***

Z alei wjeżdża się do dużego lasu, który ciągnie się aż w okolice Siedlca Janowskiego. By dostać się do wioski, trzeba wspiąć się na spore wzniesienie - tylko najmocniejsi są w stanie dotrzeć na szczyt, nie zsiadając z roweru. Siedlec jest małą, ale ładną miejscowością otoczoną kilkoma ostańcami. W sąsiedztwie znajduje się tzw. Pustynia Siedlecka powstała na ok. 25-hektarowym wyrobisku po kopalni piasków. Ta duża "piaskownica" przyciąga przede wszystkim miłośników sportów motorowych (quadów, samochodów terenowych).

Ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem prowadzącą ostro w dół aż do Bramy Twardowskiego. Ostaniec, przypominający duże okno lub bramę, ukryty jest w lesie i niewidoczny z szosy - trzeba uważać, aby nie pojechać za daleko. Brama Twardowskiego (nazwa nadana przez Zygmunta Krasińskiego) przyciągała turystów już w połowie XIX w., a Krasińscy, aby ułatwić dotarcie do niej, wybudowali specjalne drewniane schodki. Dzisiaj takich udogodnień już nie ma i chociaż odległość od szosy jest niewielka, to podchodzi się z trudem, pchając obładowany sakwami rower.

W pobliżu warto zajrzeć do rezerwatu "Parkowe", gdzie zobaczymy m.in. krystalicznie czyste źródła Zygmunta i Elżbiety, ciekawe ostańce, np. Skałę z Krzyżem czy Diabelskie Mosty, a także najstarszą w Europie hodowlę pstrąga tęczowego. Ikrę tej smacznej ryby sprowadził pod koniec XIX w. z USA hrabia Raczyński. W pstrągarni polecam skosztowanie świeżo wędzonej, jeszcze ciepłej ryby.

Zatrzymaliśmy się na chwilę przy Diabelskich Mostach i popędziliśmy do Ostrężnika. Stąd czarny szlak doprowadził nas do resztek warowni na samotnej skale otoczonej bukowym lasem. To najbardziej tajemnicze miejsce na Jurze. Na temat zamku nie zachowały się żadne wzmianki historyczne, niewiele nowego wniosły też badania archeologiczne z początku XXI w. Ustalono tylko, że budowę warowni rozpoczęto w XIV w. Przypuszcza się, że zamek nigdy nie został ukończony albo służył za więzienie dla wielmożów i wszelkie informacje o nim były utajnione. Być może była to siedziba rycerzy-rabusiów. Zostały z niego jedynie niewielkie fragmenty murów doskonale wtopione w wapienną skałę.

U podnóża ostańca mieści się Jaskinia Ostrężnicka. Wejście do niej przypomina czaszkę, co stanowi swoiste memento, ponieważ według legendy zostali tu zasypani rabusie wraz ze swoimi łupami.

Przed wyruszeniem w dalszą drogę zatrzymaliśmy się w barze Ostrężnik, by zaspokoić głód porcją pysznego smażonego pstrąga.

Droga między Ostrężnikiem a Trzebniowem jest malownicza i bardzo urozmaicona. Początkowo trakt wspina się przez ładny las, potem gwałtownie opada w dół, by na koniec wyprowadzić na rozległe łąki przypominające tatrzańskie hale.

Przez Trzebniów przejechaliśmy już o zachodzie słońca, nie mając czasu na podziwianie pięknych starych domów stojących prostopadle do drogi. Asfaltem przez Moczydło i Niegową popedałowaliśmy w kierunku naszej kwatery w Bobolicach.

W sieci

www.jura.turist.pl
www.jura.info.pl
www.janow.pl

Źródło: Gazeta Turystyka
Więcej o:
Komentarze (2)
Weekend na rowerze. Jura Krakowsko-Częstochowska - ostańce, ruiny i pstrąg
Zaloguj się
  • Gość: Gość

    Oceniono 1 raz 1

    Ja tak samo chcę w tym roku przejechać rowerowy Szlak Orlich Gniazd:) Jura to przepiękne miejsce. Mieszkam po "sąsiedzku", więc czasem bywam w Krainie Ostańców:P

  • Gość: Gość

    0

    Trasa ciekawa, a opis bardzo wyczerpujący. Od urodzenia mieszkam na Jurze i nawet nie zdawałem sobie sprawy jak wiele jest tutaj pięknych miejsc... poza Olsztynem, w którym byłem wiele razy :) W tym roku postanowiłem to zmienić i planuję przejechać Szlak Orlich Gniazd - mam nadzieję, że się uda. A póki co odkrywam okolice, jak chociażby na tej wycieczce - http://www.trasygps.com/trasy/pokaz/100/Mstow_i_Zloty_Potok/ :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX