Kross Vento 3.0 na Garmin Iron Triathlon, czyli test w warunkach bojowych

Wyszedłem z wody i pobiegłem do strefy zamian. Szybko założyłem kolarskie ubranie, zapiąłem kask, włożyłem okulary i zdjąłem rower z wieszaka. Przede mną było 22,5 km indywidualnej jazdy na czas na moim Kross Vento 3.0. Musiałem się spieszyć, bo na pływaniu za dużo straciłem. Na szczęście miałem szybki rower, na którym bardzo dobrze się czułem - wiedziałem, że odrobię kilka pozycji.

Wreszcie udało mi się sprawdzić jak zachowuje się testowany przeze mnie szosowy Kross Vento 3.0 w swoim poniekąd środowisku naturalnym. Jeżdżę nim od kwietnia i dotąd byłem nim w górach, robiłem sportowe treningi, jeździłem nim do pracy, zwiedzałem woj. świętokrzyskie, ale nie pojechałem nim na żadne zawody - do niedzieli 17 lipca. Pretekstem do wykorzystania Vento w rywalizacji było moje uczestnictwo w projekcie Ekipa EkstRemalna. Jako członek ekipy dostałem zadanie wystartowania w Garmin Iron Triathlon, co uczyniłem z ochotą.

Przed startem zacząłem przygotowania. Bieganie, pływanie i oczywiście najprzyjemniejszy aspekt - rower! Moje treningi były dwojakie.

Kross Vento 3.0fot. Leszek Śledziński

Po pierwsze jeżdżę rowerem do pracy, więc zrezygnowałem z przejażdżek typowo rekreacyjnych - szczególnie tych z pracy. Do redakcji, jeszcze śpiący, jechałem delikatnie z każdym ruchem korby rozbudzając się i nabierając ochoty do pracy, natomiast jadąc do domu wstępował we mnie duch sportowca. 18 km odcinek praca - dom udało mi się przejechać ze średnią prędkością 31,2 km/h - a przecież nie byłem sam na drodze i musiałem przede wszystkim jechać bezpiecznie. Zdecydowanie Vento to bardzo szybki rower miejski... Drugim treningiem były z braku czasu najczęściej nocne wyprawy z warszawskiego Tarchomina do Nowego Dworu Mazowieckiego, w te i z powrotem to jakieś 45 km, głównie równą i prostą, pagórkowatą szosą. Więc idealny dystans na rozkręcenie nogi. Kilkanaście takich przejazdów i codzienne dojazdy do pracy pozwoliły mi na poczucie się w miarę pewnie na rowerze.

I w końcu nadszedł dzień wyjazdu - rowery spakowane - jechałem na zawody z moją redakcyjną koleżanką Magdą.

przez dach panoramiczny widać nasze rowerkifot. Franek Przeradzki

Do Elbląga, miasta w którym odbywały się zawody, dojechaliśmy dzień wcześniej, by uczestniczyć w objeździe trasy kolarskiej. Wiecie, lepiej znać drogę i nic nie pomylić wtedy, gdy liczy się każda sekunda. Trasa okazała się bardzo wymagająca już na samym początku - zaczynała się od 300 metrów bruku, który w dniu zawodów trzeba będzie szybko przejechać - biedne Vento. Myślałem o rowerach konkurentów - czasowych, carbonowych cudeńkach na pełnych kołach, dla których taki przejazd to będą tortury... Przejechałem sprawnie bruk, trzymając mocno kierownicę, a dalej z całym peletonem pojechaliśmy przez rondo, szosą wyjazdową z miasta. Po przejechaniu 11,25 km zawrotka i powrót tą samą drogą - niestety znów przez bruk - do strefy zmian. Trasa delikatnie pagórkowata - kilka lekkich podjazdów, nic trudnego. Byłem dobrej myśli.

objazd trasy kolarskiejfot. Franek Przeradzki

Następnego dnia zjadłem śniadanie i poszedłem szykować rower - naklejka na sztycę z numerem, ostatnie regulacje, pompowanie kół. I tutaj okazało się, że tylne koło nie trzyma ciśnienia i ma tylko 2 atmosfery. Pompuję do siedmiu i po 20 minutach sprawdzam - jest 6. Szybka decyzja - zmieniam dętkę. Czynność tę w Krossie Vento robiłem po raz pierwszy i okazała się banalnie prosta. Zdjęcie koła, zdjęcie jednego rantu opony z obręczy przy pomocy trzech plastikowych łyżek, wymiana dętki i złożenie wszystkiego w całość zajęło mi dosłownie 3 minuty. Nabiłem 7 atmosfer i uspokojony, że na pewno teraz będzie dobrze - zaprowadziłem rower do strefy zmian.

Kross Vento 3.0fot. Franek Przeradzki

Start odbywał się z wody rzeki Elbląg i mimo tego że lubię i umiem pływać, to nie poszedł mi dobrze. Nie wdając się w szczegóły po pływaniu byłem dopiero 90. Wyszedłem z wody i pobiegłem do strefy zamian. Szybko założyłem kolarskie ubranie, zapiąłem kask, włożyłem okulary i zdjąłem rower z wieszaka.

w strefie zmianfot. Franek Przeradzki

Przede mną było 22,5 km jazdy na czas. Musiałem się spieszyć, bo na pływaniu za dużo straciłem. Na szczęście miałem szybki rower, na którym bardzo dobrze się czułem - wiedziałem, że odrobię kilka pozycji.

Przez bruk Vento przejechał stabilnie, przenosząc jednak dużo drgań na kierownicę - nie zdziwiło mnie to, byłem na to gotowy i złapałem ją mocniej. Już na bruku licznik pokazywał prędkość około 27 km/h, a gdy bruk przeszedł w asfalt i drgania uspokoiły się, można było mocniej nacisnąć na pedały. 30, 31,  32 km/h, tyle udało mi się trzymać ze względu na, a jakże, wiatr w twarz. Wyprzedzam kolejnych zawodników, którzy pływali ode mnie szybciej, ale na rowerze już tak dobrze im nie idzie.

na trasiefot. Gopro

Nie liczę ich, ale gdy tylko widzę kogoś na horyzoncie, zaraz go doganiam. To miłe. Rower prowadzi się wyśmienicie, łapię dolny chwyt, przyjmuję aerodynamiczną pozycję i staram się jechać jeszcze szybciej. Na liczniku pokazuje się cyfra 33, następnie 34. Gonię, wyprzedzam, kręcę korbą. W trakcie podjazdów pod wzniesienia redukuję biegi zdecydowanym ruchem klamkomanetki. Biegi wskakują gładko, szybko i precyzyjnie - mimo tego, że wcale nie zmniejszam siły, którą przykładam do pedałów. Wyprzedzam kolejnych zawodników tuż przed zawrotką o 180 stopni. Trzeba wyhamować w ostatniej chwili, żeby stracić jak najmniej czasu, po czym objechać pachołek i jak najszybciej znów napędzić rower. Hamulce mam już dotarte - działają zupełnie inaczej niż w czasie objazdu Tatr. Wyhamowuję precyzyjnie tuż przed pachołkiem, kładę rower w zakręt i już jestem na prostej. Teraz rzucam rower w prawo i w lewo chcąc jak najszybciej nabrać prędkości. Wiatr staje się moim sprzymierzeńcem, co widzę od razu na liczniku - 36, 38, 39 km/h. Tak można jechać. Jestem zmęczony, ale prędkość mnie upaja. Za chwilę "na szafie" pojawia się 40. Nikt mnie już nie wyprzedzi myślę sobie. Wrzucam wyższy bieg, jadę teraz na przedostatniej z tyłu zębatce, mógłbym jechać jeszcze szybciej, jeżeli tylko miałbym siły, ale ich nie mam. Z resztą przede mną jeszcze ponad 5 km biegu.

na trasiefot. Franek Przeradzki

Podjeżdżam pod wzniesienia, z których przed chwilą zjeżdżałem, po czym dowiaduję się, dlaczego na początku tak słabo mi szło - to był bardzo długi i łagodny podjazd w tamtą stronę, który teraz stał się delikatnym, ale wyczuwalnym zjazdem. 42, 44 km/h - mam wrażenie, że moje Vento chce oderwać się od ziemi. Przy takiej prędkości rower jest niezwykle stabilny, prowadzi się jak po sznurku w zupełnej ciszy. Mam wrażenie, że słychać tylko pojedyncze ziarna piasku zgniatane przez opony. Dwa zakręty - jeden w lewo, drugi w prawo które trochę mnie spowalniają i znów napędzam rower - widzę już bruk. I nagle bezszelestnie wyprzedza mnie trzech rowerzystów na carbonowych rowerach czasowych. To uczestnicy dystansu 1/4 Ironmana - wystartowali 10 minut później, przepłynęli dwa razy dłuższy dystans i na 22 kilometrze zdążyli mnie dojść - ale konie myślę sobie. Najgorsze jest to, że zajechali mi drogę i spowodowali, że musiałem wyhamować praktycznie do zera. Oni zawracali przy pachołku na drugą rundę, ja musiałem tylko przejechać obok pachołka jadąc prosto do strefy zmian. I znów napędzanie roweru - tym razem na bruku.

Rower odstawiłem na wieszak, wskoczyłem w buty biegowe i pobiegłem po medal za wzięcie udziału w zawodach - inny za zajęcie 65-tego miejsca mi nie przysługiwał.

Co do podsumowania startu od strony rowerowej, to jestem bardzo zadowolony. Jadąc Krossem Vento 3.0 przeskoczyłem o 25 pozycji! Nie miałem żadnej awarii, dętka wytrzymała. Po zawodach skontrolowałem rower, szczególnie centrę kół. Okazuje się, że oba koła są idealnie proste! Po objeździe Tatr trzeba było je wycentrować, co zrobiono w autoryzowanym serwisie Krossa - Rama Sport w Warszawie, ale teraz, po przejeździe przez bruk z prędkościami oscylującymi w granicach 30 km/h nic się nie skrzywiło (ważę około 93 kg). To normalne, nowe obręcze układają się i trzeba potem podociągać szprychy.

Kross Vento 3.0fot. Franek Przeradzki

Kross Vento 3.0 to bardzo fajny sprzęt na początek przygody z kolarstwem. Prowadzi się równo i wyjątkowo łatwo nawet przy dużych prędkościach. Grupa Shimano Sora, na której ten rower jest oparty, sprawdza się w 100 procentach. Biegi przeskakują gładko i szybko, rower jest cichy, raz wyregulowane przerzutki nie rozregulowują się. Trzeba tylko trochę poczekać na dotarcie się hamulców - w moim egzemplarzu po przejechaniu około 1500 km już były całkiem sprawne - choć wiadomo, nie można ich porównywać do hydraulicznych tarczowych.

Po zrobieniu takiego przebiegu już wiem co bym w nim zmienił - siodełko, na wygodniejsze, bo oryginalne jest średnio wygodne, oraz owijki na kierownicy - to głównie ze względów wizualnych - po prostu bardzo szybko się brudzą. Kross Vento 3.0 sprawdził się w moich rękach do tej pory jako maszyna do codziennych dojazdów do pracy, pojazd wycieczkowy (jeździłem nim też z bagażnikiem na sztycę) oraz rower sportowy. Uważam, że uniwersalność jest jedną z głównych zalet tanich rowerów szosowych, opartych na aluminiowych ramach.

Więcej o:
Komentarze (3)
Kross Vento 3.0 na Garmin Iron Triathlon, czyli test w warunkach bojowych
Zaloguj się
  • rowerowy365

    0

    Fajny test, nie napisany sucho ale z pomysłem - gratulować. Ale sam rower d-y nie urywa. Taki sam (albo raczej z takim samym osprzętem) w Decathlonie kosztuje 1000 zł mniej. I tu właśnie Kross mnie trochę zraża do siebie. Ja wiem, że akurat w D. rowery są dość tanie i nie wszystkie są warte kupna ale różnica 50% to już dużo. I akurat porównywalny Triban 520 jest całkiem niezły. Śmigam na takim od zeszłego roku i złego słowa nie mogę o nim powiedzieć.
    Chwali się jednak, że polska firma daje sobie radę na rynku. Gdyby trochę obniżyli ceny to ich rowery były by konkurencyjne cenowo (wliczając w to markę i wizerunek firmy jako takiej) i miały by większe powodzenie.
    Życzę dalszych sukcesów w zawodach.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX